nobody loves no one

powoli zapadał zmierzch, a do jej miasteczka został jeszcze szmat drogi. prowadziła już dobre cztery godziny, była zmęczona, bolały ją oczy i głowa. zaczęła żałować, że nie pomyślała o wyruszeniu wcześniej, albo zorganizowaniu podróży tak, by rozłożyć ją na dwa dni, z noclegiem w jakimś miłym miejscu. postanowiła zrobić krótką przerwę na siku, rozprostowanie kości i łyk ciepłej herbaty z termosu. to była jedyna rzecz, jaka pozostała jej po nim. jaskrawopomarańczowy termos, trzymający ciepło prawie dwanaście godzin. świetna rzecz.

znalazła jakąś boczną drogę, nieopodal starej chaty, z komina której unosił się słaby dym. październik ochrzciła w tym roku piździernikiem, bo temperatura często oscylowała wokół zera stopni, zwłaszcza rano. zatrzymała się na poboczu, wysiadła, udając się w kierunku niskich zarośli. w ostatnim momencie zobaczyła zarys jakichś postaci, rysujących się w szarym świetle wieczora. zawahała się, ale podeszła bliżej, zaintrygowana i nieco przestraszona. wydawało jej się, że osobnicy stoją daleko, ponieważ byli bardzo niscy. pomyślała, że pewnie ich nogi znajdują się poniżej nasypu drogi.

na poboczu stały trzy surykatki z nosami oświetlonymi dziwną poświatą. ich oczy wędrowały z lewej na prawą, a głowy kiwały się w takt niesłyszalnej muzyki. patrzyły na coś, co trzymały w małych łapkach i co rozświetlało ich pyszczki. wyglądało to hipnotyzująco, wręcz onirycznie. jak kobra kołysząca się w takt dźwięków fujarki.

„fajne jaja” – pomyślała, podchodząc jeszcze parę kroków – „chyba mam zwidy spowodowane zbyt długim siedzeniem za kierownicą… albo pogłębiła się moja kurza ślepota… przecież to niemożliwe, by surykatki stały sobie na poboczu drogi i bujały się do dźwięków Wicked Game!
z niedowierzaniem podeszła całkiem blisko zwierzątek, a te ani drgnęły. nosy miały wlepione w ekran telefonu na którym piękny Chris przytulał piękną Helenę.

jej telefonu, który zgubiła dwa miesiące temu.
trzysta kilometrów stąd.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

w dzień zaćmienia słońca

W dzień zaćmienia centralna gwiazda zamieniła się w zielony księżyc, wyglądający niczym pacman, łykający milkiłeje na niebie. Am-am-am – wiecznie głodny, ulubiony emotikon M., przez godzinę oświetlający  ziemię tylko na pół gwizdka.
W dzień zaćmienia słońca wszystko toczy się tym samym rytmem. Kochankowie rozstają się rano i idą do pracy, a wieczorem witają się ponownie, być może w innych konfiguracjach i konstelacjach niebieskich. Podróżujący wyjeżdżają na bliskie południe, inni wracają z bardzo dalekiego wschodu. Jet lag im niestraszny, gdy przemieszczają się przy znikającym słońcu.

Pociągiem bez wi-fi jadę do Krakowa, tym razem po zmierzchu.
Zaciemnieniu.
Zaćmieniu.
Koleś-figo-fago podbija do mnie z grzecznym pytaniem, czy może ma pani odstąpić jednego papierosa?  Udaję, że nie słyszę, na trzy sekundy oddziela nas tablica z  odjazdami  pociągów, te trzy sekundy wystarczają, by młody wypluł z siebie litanię do ziomka i jego dupy, siedzących przed nim na ławce: jak ja nie cierpię takiego czegoś, kurwa, nie rozumiem tych ludzi.  Ale ja nagle rozumiem i gdy figo-fago atakuje mnie znowu tym samym pytaniem, odpowiadam szybko, że nie palę. Rozumiem, że moimi wypowiedzianymi miękko słowami, daję mu odrobinę szacunku, której tak pragnie. I słyszę, jak opowiada swym współtowarzyszom, że przecież ma honor, witając się z jakimś nowoprzybyłym, który okazuje się ich znajomym, a który ratuje go fajką. Nikt nie lubi czuć się ignorowany.

Wsiadam do pociągu.
Miejsce numer jedenaście – święte, bo jedyne pojedyńcze i z krzyżykiem powyżej, okazuje się zajęte. Przez panią, która przeszła z innego wagonu, bo jej wagonem jechał menel, a więc wagon jechał menelem. I jeszcze śpiewał do tego.
Nikt nie lubi czuć się rozczarowany.

Ale ja lubię czuć się wspaniałomyślna, więc mówię, że no problemo, usiądę na innym wolnym miejscu, skoro pani jedzie tylko do Katowic, a nie samego Krakau. Poczucie dobrego uczynku jest silniejsze od uczucia głodu i jakoś wytrzymuję i nie pożeram chrupiącej kanapki przy współpasażerze. Za chwilę wagon pustoszeje, więc czuję się niczym szejk, który dostał od ojca pociąg, bo zazdrościł kumplom ze studiów cisnących na zajęcia kolejką podmiejską. Teraz jestem królem.

I rozwalona na dwóch siedzeniach, obserwuję chłopaka, który wchodzi do toalety (dla niepełnosprawnych, więc nie trzeba czuć się weń, jak w kapsule czasu). Coś długo go nie ma, może się tam zabawia (?), ale nie, wychodzi. Widzę, że dokonał transformacji osobowości, przeistaczając się w młodego wilka w fioletowej koszuli, gotowego na podbój nocy w Franticu czy innym Prozacu. Nawet przystojny, tylko nie podobają mi się jego buty, jak na wesele.

Pan ogłasza przez głośnik, że pociag ma 20 minut opóźnienia. Pięknie – a ja już zjadłam wszystko, przeczytałam wszystko i napisałam wszystko. Kurtka powieszona przede mną miarowo uderza zamkiem o szybę, w rytm kołysania pociągu. Wytrzymuję tę szklano-metalową kopulację tylko kilkadziesiąt sekund, dając nacieszyć się im nagłym porywem namiętności, po czym rzucam kurtkę na torbę leżącą na siedzeniu obok. Ta łapie ją łapczywie i miłosny taniec powtarza się ze zdwojoną siłą.
Ty stara torbo, z płachtami odchodzącej skóry (skórki? skaju?), odsłaniającej plamy, które usiłowałam zamalować czarnym markerem. Ty głupia kurtko, doganiająca wiekiem legendarną skórę Bono z U2. Czy musicie robić to na oczach wszystkich? Jak jakaś para smarkaczy obłapiających się na klatce schodowej i wchodzących w ślinę, niebacznych na to, że podgląda ich stara panna w okularach i spódnicy za kolana?

Kolana.
Kolana.
Spadam na kolana, zapominając przy zeskoku z łóżka, że jest wyższe, niż moje.

Gdzie jest ta cholerna pizza ze szpinakiem?
Pisanie zawsze kończy się u mnie głodem.

Tak samo się zaczyna.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

gdzie mój laptop, tam mój dom jest

Mój krótki antrakt w przedstawieniu zwanym normalnym życiem, kolejna ucieczka od rzeczywistości, dobiegła końca i znowu idę w kierunku dworca.

Wraz ze mną idzie dwudziestokilogramowy przyjaciel, którego muszę nieść, bo ma mniej siły niż ja. Popieprzam z nim po schodach do przejść podziemnych, po nierównych chodnikach, po ulicach wąskich, jak te w Portugalii, gdzie tramwaj prawie zahacza o parapet okna, po ulicach szerokich, jak definicja normalności.

Nagle przystaję, bo w głowie pojawia się niepokojąca myśl, unosząca się lekko, jak motyl z wiersza Kofty:

Jest zawsze smuga cienia
Między nocą – dniem
To co śnisz o motylu
Bywa jego snem
Kiedy cię noc ogarnia
Gdy zamykasz drzwi
Nie tylko ty śnisz motyla
(Nie tylko) ty śnisz motyla
I motyl ciebie, ciebie śni

Świetlisty profil
Widzisz pod słońce
Fala burzliwa
Piasek omiata
Gonisz mnie
Gonisz
Nie! Nie dogonisz
Jestem dziewczyną
Nie z tego świata

Jest zawsze smuga cienia
Między nocą – dniem
To śnisz o dziewczynie
Może być jej snem
Kiedy cię noc ogarnia
Gdy zamykasz drzwi
Nie tylko ty śnisz dziewczynę
(Nie tylko) ty śnisz dziewczynę
Dziewczyna ciebie
Ciebie śni
I motyl ciebie
Ciebie śni

A co, jeśli to tu i teraz to jest właśnie moje prawdziwe życie, a gdy dotrę do dworca, przeniosę się w sen, jak DiCaprio w Incepcji? Może on miał swojego bączka, a ja mam swoje dworce? Może jestem jak ten człowiek, któremu przyśnił się motyl i po przebudzeniu nie wiedział, czy motyl przyśnił się jemu, czy to on jest  snem motyla?

Może jestem dziewczyną nie z tego świata?

Mijam brodatego menela zbierającego pety pod drzewem, prawie jednocześnie dostrzegam jego ekskluzywnego kolegę pielęgnującego swój zarost u barbera, po drugiej stronie ulicy. Zapłaci mu za tę usługę tyle, ile ten po mojej stronie mógłby wydać na śniadanie, obiad albo kolację przez trzy dni. W zależności od tego, czy ekskluzywny zażyczy sobie strzyżenie z myciem czy z modelowaniem,  mycie z suszeniem, czy bez, a może jebnie cover i pomaluje se brodę wikinga na rudo, po tym strzyżeniu.

Plecak, my new best friend, wrzyna się niemiłosiernie w ramiona nieprzyzwyczajone jeszcze do jego towarzystwa. Do innych obecności przyzwyczajam się szybko. Dobrej muzyki, promieni słońca na twarzy, smacznej kawy, ciekawych rozmów.

I ludzi.

Stanowczo za szybko.  I czuję, że chcę jeździć i szukać ich po świecie, jak najpiękniejsze okazy na giełdach minerałów. Kolekcjonować historie topazów. Doświadczenia jadeitów. Opowieści ametystów. Przygody opali. Przypadkowe spotkania szafirów, spojrzenia jaspisów, uściski dłoni szmaragdów. Śmiechy pereł i uśmiechy turkusów.

Tak jak ten pani Basi, przy śniadaniu jedzonym w cudownym miejscu, w którym czułam się, jak u siebie w domu. Piłam ze swojego kubka i gotowałam wodę w swoim czajniku. I z przyjemnością oddawałam się rozmowie z gospodynią, zostawiając notatnik, pióro z napisem dla żmijusi oraz stary telefon na skraju stołu. Pani Basia wzięła mnie na wycieczkę po stolicy, w której mieszkają ludzie odmalowani jej pędzlem tak wyraźnie, że poczułam się ich krewną, albo chociaż bliską znajomą. Sztukmistrzyni słowa, czarodziejka historii, królowa życia, która w wieku prawie-sześćdziesiąt-a-duchem-trzydzieści zanosi się perlistym śmiechem, wspominając swych wszystkich narzeczonych. Żywych i umarłych.

Zapach świeżego pieczywa przypomina mi smakowitą ziarnistą bagietkę, zjedzoną poprzedniego wieczoru i zrobioną przez kogoś, kto trafia idealnie w mój gust. Nie tylko kulinarny, ale również akomodacyjny, bo to nie ja zadecydowałam, że zjem śniadanie przy stole warsztatowym i zasnę na łóżku z palet, jak w domu.

Uwielbiam takie niespodzianki, te małe smakowite kąski na talerzu codzienności.

Być może zgubi to mój kręgosłup, tak rzadko pochylony ostatnio pod ciężarem domu niesionego na barkach. Bo tam, gdzie mój laptop, tam mój dom jest.

Wszędzie.

 

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

wsiąść do pociągu turkusowego

Lubię jeździć pociągami.

Lubię to wyjście poza swój ciepły kokon, poza nawias codzienności, poza pieprzony dzień świstaka od 9 do 17 i te same ryje na fejsie, w okienkach przy zielonych kropkach.

Lubię nawet wcześniejsze wstawanie, pomimo notorycznego niedospania. Jakoś wtedy udaje mi się nie zasnąć po budziku (bo funkcje drzemki są dla prokrastynatorów), albo udaje mi się odebrać telefon od zegarynki, o przyjemnym męskim głosie. Głosie, do którego zmierzam, który jest moim przewodnikiem, moim sherpa przeprowadzającym mnie przez meandry już-nie-snu a prawie-jawy.

I nawet te same płatki jedzone na śniadanie szósty dzień z rzędu (bo jest sobota), smakują mi jakoś inaczej. Jakoś niebezpieczniej, słodziej i wilgotniej. Suszone śliwki wślizgują się do ust z większą przyjemnością, a daktyle nie porzucają swej skórki.

Zmierzam w stronę przystanku autobusowego, tego dziwnego miejsca nie-miejsca kojarzonego już tylko z imprezami, po których prowadzenie samochodu jest czynnością głupawą, a czasem zupełnie niemożliwą. Obcasy stukają, bo mogą, idę wolno, ale sprężyście, bo mogę. Taka dynamiczna medytacja. Ukołysana ruchem szpilek uderzających o chodnik, robię wdech i wydech nosem, po pięciu zmiana – wdech nosem, wydech ustami, po pięciu zmiana – wdech ustami, wydech nosem, a na koniec pięć wdechów i wydechów ustami. I już jestem na przystanku.

W autobusie kupuję bilet, miły pan kierowca z pismem świętym na desce rozdzielczej pyta mnie, czy chcę cały – kocham go za to. To słodkie, gdy ktoś obcy uważa, że nadal mogę być zabłąkaną studentką – tak, jakby osiem lat studiów, to za mało na polskie warunki.

Wysiadam w centrum, zegar na wieży huty wybija pełną godzinę, a ja kroczę w opadającej mgle, czując się jak Angielka pod Big Benem, szukająca dworca PKP.

Kasjerka pytająca o mniejszy nominał, przypomina mi kogoś, kogo dawno temu rozpoznawałam, ale nie pamiętam dlaczego. Może za dużo znam  przyjemnych blondynek, o słodkim uśmiechu i szmince jaśniejszej niż naturalny odcień ust.

W rytm nadjeżdżającego w mym umyśle pociągu, a później już w jego wnętrznościach, po kolei pojawia się:

pani w sklepie, gdzie kupuję małą wodę gazowaną (bo niegazowaną nie umiem się napoić), proponująca mi snickersa (nie, dziękuję, ja słodycze jem tylko z kawą).

starsze małżeństwo siedzące na ławce plecami do mnie i rozmawiające o wnuku, któremu dadzą po przyjeździe wagon (raczej fajek, a nie do kolejki elektrycznej, ale… who knows?) – bo smarkacz dostał już jeden na urodziny – i tu następuje chichot rozbawionych staruszków.

pan żul pijący dwa harnasie z przerwą na półgodzinną drzemkę z otwartą paszczą – nie zdążyłam puścić pawia od oparów niestrawionego alku, bo wyszedł, razem ze swoimi krzyżówkami panoramicznymi, których było pięćset.

cichy pan czytający Angorę (jezusie, jak ta gazeta pachnie…) i uśmiechający się z zakłopotaniem, gdy głośno wyrażam swą dezaprobatę, iż w pociągu grzeją tak, że spodnie przykleiły mi się do dupy i otwieram okno.

turkusowopalczasta konduktorka przerywająca moje zdumienie, gdy pociąg nagle zamiast jechać do przodu, rusza w przeciwnym kierunku, i znowu siedzę tyłem do kierunku jazdy – patrzę na jej paznokcie z fascynacją, ale ona nie chce sprawdzić, czy moje oczy są równie turkusowe i mnie olewa.

pani z czwórką małych dzieci i chyba piątym w drodze, albo z oponą na brzuchu po tym czwartym – ale nie, że jakaś patologia, bardzo ładna pani ze słodkimi, cichymi dziećmi, idącymi za nią jak na sznurku.

no i na końcu pan pijak przechadzający się jedenaście razy w tę i z powrotem i z każdym przejściem coraz bardziej najebany, uparcie siłujący się z drzwiami – mógłby zostać na jakiś czas w tym przedsionku, w tym dziwnym miejscu między wagonami, kwadracie pół na pół metra, wytrzeźwiałce dla alkoholików-perypatetyków, szukających wyjścia ze swego pijanego życia.  Nad drzwiami – obok wielkiego numeru 2, przekreślonego papierosa i ikonki kamery – wystarczy powiesić napis return to reality.

Zaraz padnie mi lapek, ale to też jest fajne, bo kolejne dwie godziny spędzę na czytaniu książki odkładanej od pięciu miesięcy. Wzięłam tę z samego szczytu mej tsundokowej wieży.

Jest dobrze.
Otwieram kalendarz, aby zapisać tam to, czego nie zdążę już wyklikać i mój wzrok pada na stronę pomiędzy lutym a marcem.

I czytam tam:
turkusowy – synonim wody i nieba. Nazywany barwą mądrości oraz prawdy. Kolor optymistów, osób twórczych, konsekwentnie realizujących wyznaczone cele. Dodaje wiary w siebie i innych.

Taka koincydencja.

Wyglądam przez okno, w dole płynie rzeczka, jakiś tata z małym synkiem wybrał się na wyprawę ścieżką rowerową, a po drugiej stronie rzeki dwaj młodzi chłopcy piją pierwsze w swoim życiu piwo. W krzakach, skuleni i z oczami dookoła głowy, jak dwie surykatki.

I myślę o tym, że wszystko to spiszę w hotelowym pokoju, zanim wieczorem przyjdzie pan  o radiowym głosie i zabierze mnie w dalszą podróż.

Gdy wysiadam, pierwszy raz tego dnia świeci słońce.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.