lunapark wyobraźni

kiedy pokazujesz mi bilety do lunaparku, uśmiecham się do siebie na myśl o wacie na patyku, gabinecie luster, strzelnicy z zakurzonymi maskotkami i kwiatami z bibuły. nosem wyobraźni czuję zapach popcornu z masłem i karmelem, widzę jakichś dziwnych przebierańców na szczudłach i kolorowe baloniki przywiązane do starego barakowozu.

okazuje się, że jestem zbyt retro dla ciebie.
że nigdy nie skonfrontowaliśmy swoich oczekiwań również wobec takich miejsc. ty wolisz zabrać mnie na rollecoastera, wsadzasz do ostatniego wagonika, w którym najbardziej trzęsie, bym na każdym zakręcie bała się, że wypadnę. sam wsiadasz przede mną, nie zapinasz pasów – przecież jesteś zwinnym kotem…
i wypadasz. osiem razy.

za pierwszym razem krzyczę, za drugim jeszcze bardziej. przy piątym jestem już spokojna – piąty raz to już przecież twój wybór. ten wyskok – bo przecież nie wypadek, nie wzbudza we mnie żadnych emocji. obojętność zabiła trwogę. nic nie poradzę na to, że lubisz się rozbijać. najwidoczniej jesteś uzależniony od adrenaliny. może tylko to wprawia w ruch twoje ospałe serce – szybki zastrzyk w żyłę, jak w filmie.

ja wysiadam.
wracam do swojej cukrowej waty, baloników w kolorach tęczy i jabłek na patyku. nie obchodzi mnie już, co zrobisz ze swoim życiem. zostało ci tylko jedno, kocie. i coś ci powiem: nie wysyłaj mi więcej biletów do lunaparku. nie znoszę rollercoasterów. nie wyzwalają we mnie pozytywnych emocji. ani zachwytu, ani uniesienia.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

pan i pani krawiec

igłą operuje mistrzowsko, palce ma zręczne. nitka łaskocze opuszki, gdy zszywa się od nowa, kawałek po kawałku. naszywa łatę na dziurawą głowę, zszywa dwa brzegi poszarpanej rany. już nie krwawi, ale wciąż piecze. wypierdoliła się konkretnie, no cóż. o kant trotuaru.

tym razem użyje dratwy, nic już nie popęka.
ma taką zaokrągloną igłę, jakiej używał jej dziadek, do cerowania skarpetek na chochli do zupy. zabawne, pamięta tylko takie nic nie znaczące motywy. igła, magnetofon szpulowy, latarka świecąca na zielono i czerwono, mleko w proszku jedzone łyżkami wraz z kakao. paznokcie obgryzione do krwi i skórki okół nich takie czerwone.

koleżanka z dzieciństwa miała w kolanie grudkę ziemi, po przewróceniu się na podwórku, podczas gry w badmingtona. ciekawe, czy ją jeszcze ma. może wykiełkowało jej tam już drzewo, albo chociaż agrest.

blizna w kształcie literki fał na przedramieniu ma kolor biały i wygląda, jak Matterhorn. jej skóra jest brązowa, mieni się perłowo. to zasługa nowego balsamu z wyciągiem ze ślimaka. wyobraża sobie, że chodził po niej ślimak i zostawił w podzięce swój odżywczy śluz (stara się nie myśleć o tym, w jaki sposób producent balsamu zdobył ten wyciąg).

twoje ciało też ma kilka takich punktów zwrotnych. są jak stacje paliw na długiej drodze do miejsca przeznaczenia. opowiadasz jej o nich, słucha z zaciekawieniem. dotyka cieńkich linii, które prawie znikły, ale jednak nie. mają różne kształty i rozmiary. dobrze, że są. dobrze, że możesz jej opowiedzieć ich historię. chce wiedzieć wszystko, co sprawiło, że jesteś tu i teraz, że jesteś sobą. czasem męczy cię to, że musisz powtarzać wielokrotnie, że ucho obcięli ci na wojnie, a bliznę na nosie zdobyłeś w starciu z tygrysem. ale opowiadasz, ona przynosi ciepły rumianek i obserwuje cię znad parującego kubka.
może tak godzinami.

na koniec pokazujesz jej kolorowe nitki w pudełku i mówisz: patrz, mała, damy radę pozszywać wszystko. mam cały zapas. szpulki we wszystkich kolorach tęczy.
uśmiecha się do ciebie i odpowiada: kochany, wiem, przecież zawsze chciałeś być krawcem.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

bajka o korniku

kiedy zaczynam rozmowę z tobą, jestem białą kartką, wyrwaną z zeszytu formatu A cztery. po czterech miesiącach gumowania słów pisanych ołówkiem z Ikei,  nie mam nawet marginesów. to za nie mogłabym wymieść resztki wspomnień, nie mających już dla mnie żadnego znaczenia. linijka po linijce pozbyłam się równoleżących kresek złudzeń i oczekiwań.

***
ty mi mówisz, że na twojej kartce jest gruba krecha w poprzek, ale to nieprawda. ja widzę ją w pionie i jest narysowana grubym markerem. zaczynasz ją skrobać żyletką, a wtedy z kartki robi się siatka na motyle. bierzesz tę siatkę i łapiesz mnie. bo daję się złapać. chyba chcę poczuć się zaopiekowana w małej przestrzeni, może nawet zdominowana. może popsuły mi się skrzydełka, albo opadłam z sił i muszę odpocząć. a może dość mam latania.
przenosisz mnie z siatki do olbrzymiego słoika, dajesz mi nektar kwiatowy i najpyszniejsze owoce, podoba mi się to. czuję, że nareszcie znalazłam swoje miejsce. swój ciepły kokon. ko-ko(n) do kochania.
jest świetnie.
przez jakiś czas.

***
ale później ty zamieniasz się w głodnego kornika i zaczynasz drążyć w mojej drewnianej podłodze. pytasz, ile mam w niej desek, ile szpar, których nie zamierzam szpachlować, kto kładł lakier, a kto cyklinował? mówię ci wszystko, ale twierdzisz, że podłoga jest do dupy i ci nie smakuje. ale to moja drewniana, stara podłoga, naprawiona dzięki ciężkiej pracy i uważam, że jest piękna. i że nie umiesz docenić ani jej walorów estetycznych, ani użytkowych. jesteś niesprawiedliwy, ja jestem rozżalona i zaczynam się ciebie bać. motyle nie przepadają za kornikami. boję się, że mnie też zjesz, bo jesteś coraz bardziej natarczywy.
mówisz mi, że jestem najbrzydszym motylem, jakiego widziałeś. że moje skrzydła są nędzne i brudne.

***
słoik, w którym mnie trzymasz, pęka jak mydlana bańka. przez chwilę czuję się oszołomiona swą wolnością, nie bardzo wiem, jak się w niej odnaleźć. twoja twarz oglądana przez szklane ścianki, wydawała się łagodna i jasna. teraz widzę, że było to złudzenie. hologram. wytwór mojego motylego umysłu. to moje własne światło odbijało się od ścianek słoika i rozjaśniało wszystko wokół. również ciebie. twoja twarz, korniku, okazuje się zupełnie inna, niż myślałam. pancerzyk, główka, sześć odnóży i dwa śmieszne czułki, wyglądające jak żądła. teraz wyraźnie widzę, czym co jakiś czas mnie kłułeś.
podwójnie.

***
robi mi się zimno, czuję, że nie mogę dłużej czekać.
odlatuję.
moje skrzydła grzeją się w słońcu, które nadało im cudny kolor. przypominam sobie, jakie to wspaniałe uczucie.
latać.

***
w oddali słyszę chrobot odnóży, ale twoje drapanie zostaje gdzieś z tyłu.
nie ma już dla mnie żadnego znaczenia.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

świetliki

„Jakoś się ułoży.
Co się ułoży? Co się, kurwa, ułoży? Nic się nie ułoży.”

Jerzy Pilch

– Lisu, ja myślę, ze ze mną jest coś nie w porządku.
– Ale jak to?
– Tak to. Odpowiem ci Sapkowskim: Jestem zmęczony. Zbyt zmęczony, by akceptować perspektywę końców, które są początkami, od których trzeba wszystko zaczynać od nowa.
– Uhm… Dużo mi to mówi.
– To jeszcze Cioranem: Można by mi zarzucać pewne upodobanie do rozczarowań; ponieważ jednak wszyscy kochają sukces, trzeba – bodaj w trosce o symetrię – by był ktoś, kogo pociąga porażka.
– Kurwa, tylko nie mów, że znowu…?
– No. Znowu.
– Masz, pij.
– …

***

a jeszcze tydzień temu, wspinając się lasem w górę, czekałem na znak. przyleciały one. świetliki. lampyris noctiluca. powiedziały do mnie, że będzie OK, one wskażą mi drogę swoją świecącą dupką. fajnie jest mieć dupki świetlików za drogowskaz. mniemam, że lepsze są od gwiazdy betlejemskiej. może nikt nie będzie za mnie umierał na krzyżu.

najgorsza w życiu jest jego nieprzewidywalność.

***

Światło wytwarzane przez świetlika świętojańskiego powstaje w wyniku reakcji chemicznej dzięki enzymowi lucyferazie. Świetliki mogą dowolnie światło „włączać i wyłączać”. Światłu, które wytwarzają, nie towarzyszy ciepło, a więc ciało chrząszcza nie ulega nagrzaniu.*
Aha.

***
Utracono połączenie z siecią GPS – damski głos wdarł się w przestrzeń klatki schodowej,  której schodami schodzę. co poniedziałek opuszczam to mieszkanie wczesnym rankiem. zawsze wstukuję adres w mapach Google jeszcze na balkonie, pijąc szałwię i gapiąc się na chmury. za parę sekund, gdy tylko wychodzę na zewnątrz, męski głos dodaje: skręć w prawo.
ok, skręcam, pomimo, że samochód stoi po lewej. schodzę krętą ścieżką w dół, zastanawiając się, dokąd mnie doprowadzi. wychodzę pod lasem, na dróżce stoi zając, albo królik (z tej odległości nie umiem odróżnić) i spojrzawszy na mnie kica, przystając na chwilę, jakby upewniając się, że za nim podążę. czuję się coraz dziwniej. follow the white rabbit, Alice…
ok, pójdę za tobą. zapominam, że miałem jechać do pracy, daję się wciągnąć w dziwną atmosferę onirycznego poranka. przypominam sobie, co działo się parę godzin temu, gdy grubo po północy kładłem się spać – do pokoju wleciała ćma i pudrowym skrzydełkiem malowała mi na ścianie napis w swoim ćmowym języku. a więc to nadal trwa, wczorajsza senna onomatopeja…
follow me.. follow the light…
ok.
idę.
skoro ponad księżycem rzeczy są wieczne, to już się nie zatrzymam.

***
najlepsza w życiu jest jego nieprzewidywalność.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

*z Wikipedii

tęsknię

Poniedziałek bez Ciebie
Wtorek bez Ciebie
Środa bez Ciebie
Czwartek bez Ciebie
Piątek bez Ciebie
Sobota bez Ciebie
Niedziela bez Ciebie
Dobrze, że tydzień ma
Tylko siedem dni.

Krystyna Gucewicz „Tęsknię”

w Twoim mieszkaniu wszystko pachnie Tobą. przyjeżdżam tu co tydzień, by poczuć bardziej Twoją  (nie)obecność. a może zejść na samo dno tęsknoty.
od piątku
jak Chrystus
umieram z miłości.

najpierw szybko otwieram okno po lewej stronie i drzwi balkonowe, by pozbyć się zapachu powietrza, którym nikt nie oddycha. rozpakowuję toboły, wpuszczam przez okno ptaki, które będą moimi jedynymi towarzyszami przez dwa kolejne dni. uwielbiam ich śpiewki. wieszam na balkonie pomarańczowy hamak, który przywiozłeś z Brazylii, dodaję poduszki i wyciągam się w nim, jak larwa w kokonie. może przeobrażę się w motyla, a może w motylicę wątrobową.  polecę ku szczytom gór w oddali, hen, aż na Skrzyczne. policzę wierzchołki i zrobię telefonem kilka zdjęć. weekendowy rytuał, który pozwala mi czuć, że jestem blisko Ciebie.

ale Ciebie tu nie ma.

wieczorem z kieliszkiem białego wina, znowu okokonuję się cała w śpiworze. spróbuję policzyć gwiazdy, albo obserwować księżyc wyłaniający się zza krawędzi budynku i wędrujący po niebie w kierunku gór. później przeniosę się do łóżka i poczuję, że jest dla mnie za duże, mam za dużo kołdry i tak w ogóle, to chciałabym się do Ciebie przytulić.

ale Ciebie tu nie ma.

nazajutrz, skoro świt, obudzą mnie trele ptaków. na chwilę zachwycę się pięknem poranka, jednak myśl o wczesnym wstaniu przegoniona zostanie przez senność. obudzę się ponownie trzy godziny później i stwierdzę, że czas na jajecznicę. powiem kochanie, tylko pamiętaj, żeby nie dawać mi czosnku, ale odpowie mi głucha cisza, bo przecież

Ciebie tu nie ma.

wypiję kawę, poszukam nowej muzyki, przeczytam cały internet i dwie gazety, wrzucę zdjęcia na bloga. zacznę rzępolić na ukulele, ale cholerny d-dur doprowadzi mnie do szału i poczuję, że muszę wyjść. wyruszę w górę, jak zawsze. tylko ja, droga i las. threesome. trójkąt idealny.
wybieram nową ścieżkę, poza szlakiem i znowu się gubię. lubię ten dreszczyk emocji, gdy nie wiem, gdzie jestem i muszę liczyć tylko na siebie. idąc jestem drogą i lasem. schodzę do ambony, którą mijaliśmy tyle razy, ale zawsze była zajęta. wspinam się po drabinie, chcę otworzyć drzwi, bo nie ma kłódki, ale nie udaje mi się to. chcę powiedzieć, byś Ty spróbował, ale przecież

Ciebie tu nie ma.

wracam.
na naszym pieńku do medytacji jest pusto, więc zostaję tu długo. kontempluję słońce i mrówki chodzące w sobie tylko znanym porządku. czuję ciepło na skórze i korzystam z darmowej witaminy D.
de jak do dupy jest to wszystko, jeśli Ciebie tu nie ma.

***
cholera, jak ja tęsknię.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.