spaceruję

zimno i wietrznie dziś.
wieczne dziś. nareszcie nie jutro, nie wczoraj.
chodzę po lesie i jestem kałużą, błotem, jestem niebem, konarami na tle chmur. śpiewam twoje imię, kołysankę dla nieznajomej.  nic innego nie przychodzi mi do głowy. skupiam się na odgłosach przyrody i moje własne dźwięki wydają mi się ułomne i nie na miejscu. oddaję pole do popisu ptakom, szumowi drzew i szelestom przemykających tu i ówdzie zwierząt.
powtarzam więc to miłe słowo kilkadziesiąt razy, przeciągam na samogłoskach, aż wbija mi się w najodleglejsze zakamarki umysłu. oswoiłam je.

wyobrażam sobie twoją twarz i głos. jaka będziesz, mała?
spokojna, jak woda w strumyku, cicho płynąca pomiędzy kamieniami, czy narowista, niczym młody źrebak? wyobraźnia podsuwa mi najróżniejsze obrazy, wrodzony realizm wygrywa z pesymistycznymi wróżbami. optymizm włącza się na samym końcu, jak zwykle.
będziesz…

boję się, a jednocześnie nie mogę doczekać twego widoku. ten strach nie zniknie już nigdy, wiem o tym. ale chcę, żebyś już przyszła.

jestem gotowa.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

ludzik

– mała, masz tu piernikowego ludzika na pożegnanie
– fajnie, będę go jeść po kawałku. tylko wtedy, gdy zatęsknię, ok?

więc nie ma cię dopiero drugi tydzień, a ja zjadłam mu już lewą rączkę i kawałek nóżki. za dwa miesiące ty będziesz miał brodę i włosy, jak wiking, a ja nie będę miała piernikowego towarzysza, tego jestem pewna. są takie dni, że mogłabym go pożreć w całości. w całości tego, co pozostało. opanowuję się jednak i próbuję być chomikiem. jak w dzieciństwie, kiedy trzymałam czekolady tak długo, aż zbielały. jadłam je po kosteczce, liżąc podczas czytania książek. podobno dzieci, które umieją odraczać swoją przyjemność, wyrastają na bardziej zdyscyplinowane i łatwiej osiągają swoje cele. cóż, byłam mistrzem prokrastynacji przyjemności.

może cierpliwość to ta cecha, która pozwala mi teraz na bycie Penelopą, choć wolałabym być Odyseuszem?

on mi się zgniótł w torbie pierwszego dnia, ja się do czekania nie nadaję.
dawno nie byłam dzieckiem.

już prawie wiosna.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

smutność

kiedy jest mi smutno, nie lubię tego stanu niczym rozrzedzać. robię z niego roztwór nasycony, dokładam tam wszystko, co sprawi, że nic więcej już się nie rozpuści. aż do wytrącenia w postaci łez. jak Maria Skłodowska, wpatrująca się co wieczór w kawałeczek soli radu w fiolce, do utraty wzroku. boli, ale nie przestaję, aż do zupełnego zniknięcia przyczyny smutności. dzieje się to przeważnie w niedziele, nigdy ich nie lubiłam i tak już pozostanie. to taki ambiwalentny dzień wolny, który czuje na plecach oddech poniedziałku i nie może przez to zluzować pośladków. wolny-niewolny.

wytrącenie osadu daje ulgę, bąbelki smutku pękają rozbryzgując się na komodzie i biurku. wycieram oczy i nos, chusteczką schowaną w kieszeni na brzuchu, powinna ważyć ze dwa kilo, na szczęście szybko wysycha. niestety zauważam w necie zdjęcie jakiegoś pana w za dużych okularach, nie wiedzieć czemu, widok ten zawsze mnie roztkliwia. albo przypominam sobie twoje zmarszczki mimiczne wokół oczu. i znowu dzieje się to samo. jestem psychicznie chora, nikt normalny nie płacze z powodu czyichś zmarszczek. tyle razy mówiłam, żebyś używał kremu pod oczy, albo żelu ze świetlika, ale nie. a ja potem płaczę.

powodem może być też stare zdjęcie z przedszkola, na którym moja siostra usiłuje uśmiechać się przez łzy, ponieważ ściskam jej rękę do bólu. mam na tym zdjęciu minę terminatora i jeszcze nie wiem, że 25 lat później to ja będę płakać, ilekroć na nie spojrzę.

może to hormony, a może niedziele.
bo w niedziele jakoś smutność.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

psuje się odkurzacz

psuje się odkurzacz i znowu robi się zimno, więc kurz unosi się i od razu zamarza. podmuchy zimnego powietrza, z otwieranych co piętnaście minut drzwi balkonowych, unoszą do góry opadłe emocje. te zastygają na parapecie, obok kota, który udaje, że chce wyjść, a tak naprawdę sprawdza, jak wyglądam z ręką na klamce. palnę go kiedyś w ten puszysty łepek. póki co, zjada to, co miękko zastyga obok niego i dostaje niestrawności, żarłok. nie wie, że uczuć się nie zjada?

dziś pierwszy raz śni mi się mała, wygląda jak ja, gdy miałam rok. ma okrągłe, stalowoszare oczy. boję się, gdy patrzy na mnie tymi ślepkami. w ogóle, coraz bardziej się boję, wolniej jeżdżę samochodem i myślę o przyszłości dalszej, niż na dwa tygodnie w przód. dziwny objaw, to nie jest w moim stylu martwić się na zapas, to nie jestem ja. bo nadal często się zdarza, że po przebudzeniu rano czuję się dawną sobą, lekką wiewiórką, zwinną i gibką. i nadal nie widzę siebie w tym wszystkim, co nieuchronnie się zbliża, a jeśli czegoś nie można sobie wyobrazić, to nie może się spełnić, podobno. więc wkręcam sobie film, że coś się wydarzy, skoro nie widzę siebie w tej fabule, że stanie się coś strasznego, że mnie nie będzie, że tylko ona będzie. jednocześnie chcę i nie chcę, by już się to stało. a potem robię skłon i okazuje się, że nie umiem już pomalować paznokci u stóp. ale wiem, kto mi to zrobi.

a on naprawia rower na mojej macie do jogi, ale oddaje mi swoje spodnie od piżamy, o 20 cm za długie, ciepłe i miękkie. kłócimy się, idziemy po wodę do źródła, jedziemy do biedronki, leżymy całą niedzielę w łóżku oglądając filmy. nie kłócimy się już tydzień, on wychodzi do pracy, ja wychodzę na pocztę, on wraca nad ranem, ja śpię. on całuje mnie w czoło, zaczynam opowiadać mu swój sen, zaczynamy się kochać, kończymy śniadanie, robię zdjęcia na spacerze, on uczy się programów, ja uczę się cierpliwości. robię obiad, on robi kolację, czytam książkę, on czyta artykuł. kupuję mu koszulkę, on kupuje worki na śmieci, daję mu powód, on daje mi klapsa, psuję mu lampkę, on psuje mi deszczownicę. dzwoni telefon, nie dzwoni dzwonek, co nie działał od początku. ja naprawiam nastrój, on naprawia odkurzacz.

jeszcze chwila.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

zamieniam huśtawkę na fotel

jedno znalazłam latem pod mostem, gdzie robiłam zdjęcia nieba, które spadło na ziemię. roztrzaskana tafla szkła, w kolorze paryskiego błękitu, leżała sobie spokojnie wśród śmieci i chwastów porastających dawną linię kolejki wąskotorowej. uważałam bardzo, by odłamek nie wpadł mi do oka, jak Kajowi z Królowej Śniegu. dziesięć metrów dalej stało ono – szkaradne, drewniane krzesło z pomarańczową tkaniną na siedzisku i oparciu. było ohydne, więc wzięłam je pod pachę i przytargałam do domu. stoi na strychu i czeka, aż dam mu nowe życie, obiję skórą i wstawię do pokoju.
albo oddam komuś, kto na to zasłuży.

drugie zauważyłam zupełnym przypadkiem – jadąc w rzęsistym deszczu do sklepu po kredki. październik był szary i smutny, chciałam go jakoś pokolorować. krzesło, takie standardowo-biurowe, z podłokietnikami z tworzywa sztucznego i regulowaną wysokością. kwintesencja brzydoty i funkcjonalizmu. stało na parkingu i gapiło się w pobliskie drzewa. wyglądało tak żałośnie, że chciałam je przygarnąć, pomimo zupełnej aberracji estetycznej. albo chociaż usiąść i pogapić się w te drzewa z nim.
na nim.

pomiędzy tymi dwoma znaleziskami, były jeszcze fotele zabrane z działki znajomego. pozbył się ich z radością. a ja z radością przecierałam papierem ściernym ich oparcia i czyściłam tapicerkę w kolorze gorzkiej czekolady. drewno i klasyczny styl lat siedemdziesiątych sprawił, że od razu zapałałam do nich miłością. i stoją dumnie oba – jeden w kuchni, drugi w pokoju. ten w kuchni to towarzysz śniadań, kawy wypijanej przed pracą i królestwo kota. drugi fotel wciąż czeka na wypełnienie swego przeznaczenia. wiem, że usiądę w nim niedługo i wezmę na kolana kogoś, kto kocha mnie miłością bezwarunkową.
usiądę i odpłynę w ocean oksytocyny.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.