decyzje

zawsze, gdy mam  jakąś decyzję do podjęcia, to wróżę sobie na różne dziwne sposoby. na przykład, spacerując, mówię sobie w myślach, że jeśli znajdę jakiś skarb, to wydarzy się to, na czym mi zależy. no i tak sobie idę i wpatruję się w krzaki, jakieś przydrożne śmieci, spoglądam w dziwne zakamarki i szukam tego skarbu. a później łapię się na tym, że skoro tak namiętnie szukam, to znaczy, że decyzja została już podjęta i chcę, by to coś nastąpiło. i każę sobie przestać się gapić, usiłuję o tym czymś zapomnieć, zapomnieć, że szukam skarbu i wtem znajduję:

dużą muszlę omułka
buta męskiego lewego, chyba weselnego
stado grzybów
i myślę sobie, że nie, to wcale nie są skarby, że to musi być coś, co chciałabym wziąć  do domu. po chuj mi jeden but i to jeszcze męski? idę dalej, zapominam głębiej i wtem:

nad głową przelatuje mi łabędź. pierwszy raz widzę lecącego łabędzia, nie sądziłam, że latają tak wysoko. nie wygląda na dzikiego, jak w tej bajce braci Grimm (a może były to gęsi). i myślę sobie, czy mogę wziąć ten przelot łabędzia ze sobą? dziwny dźwięk skrzydeł ptaka nadal mam w głowie. nie zdążyłam wyciągnąć aparatu, mam już tylko wspomnienie.

ok, biorę.
w domu czytam, że łabędź oznacza wierność małżeńską.
dobre sobie, bo ja nie mam męża.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

 

o północy w Paryżu żerują tylko nocne zwierzęta

tchórzostwem jest nie kochać, bądź kochać źle, powiedział Ernest H. do Gila. tak było – kochałeś mnie źle, albo nie kochałeś wcale. jak Picasso widziałeś we mnie kurwę o wulkanicznej huci, jednego dnia chciałeś ze mną żyć, drugiego ze swego życia wypierdolić. dokładnie tak samo, jak ognisty Hiszpan, przekonany o swej wielkości i patrzący na Adrianę, jak na wulkan namiętności w łóżku. a ona to coś więcej, niż sztuczki, których nauczyła się od panienki z Placu Pigalle, to więcej, niż piękna twarz, zgrabne pośladki i piersi falujące nad jego głową w spaźmie uniesień.

***

pamiętasz zdjęcie zrobione na wielkich kamieniach, w blasku zachodzącego słońca? wyglądam na nim, jak kobieta z lat dwudziestych, sam to powiedziałeś, a ja przyznałam ci rację. byłeś daleko, ale jednocześnie ze mną, siedzieliśmy tam razem. moja twarz na fotografii jest jasna i spokojna, jakbym znalazła się w swojej epoce. rzadko kiedy miałam taką twarz, gdy byłeś blisko. dopiero teraz, od czterech miesięcy, czuję się tak, jak na tamtym zdjęciu. taka… całkowita i na swoim miejscu. bo ty nigdy nie żyłeś obok, nie było cię ze mną w teraźniejszości. zawsze przebywałeś w minionym, w które zaplątałeś się tak, że dzień dzisiejszy dla ciebie nie istniał. nie widziałeś mnie realnej, jasnej i czystej, bo obrazy z twej pamięci zacierały moje prawdziwe oblicze. a ja robiłam się coraz bardziej przezroczysta i nie-swoja, traciłam zmysły, by nie widzieć, nie słyszeć i nie czuć tego, co mi robisz. obca, nawet dla siebie. nie rozumiałam, jak możesz wciąż osądzać mnie tak krytycznie i bezpodstawnie.
ale teraz już wiem. piękno, dobro i miłość jest w oku patrzącego. a w twoich była tylko huć.

kiedyś myślałam, że najgorszym uczuciem, jakie mogę sobie wyobrazić, jest nie ufać osobie, którą kocha się najbardziej na świecie. teraz wiem, że bardziej boli, gdy ta osoba nie ufa tobie.

***

Hemingway powiedział też, że kobieta dorównuje odwagą mężczyźnie, a on chyba wiedział, co mówi. więc wolę zaczekać na swego Gila, który będzie ze mną żył tu i teraz, będzie widział mnie taką, jaką jestem. który pójdzie ze mną na spacer w deszczu i nie będzie przejmował się, że mokną mu włosy i buty. z kim będę umierać co noc, a nad ranem zrobimy wspólnie najlepszy omlet na świecie.
i nazwę go la petite morte.
który będzie rozumiał, że choć zawsze czegoś brakuje, czegoś, co wzbudza w nas nostalgię i marzenia o innych światach, to jednak lepszego świata nie będzie, niż ten, który jest nam dany.

a jeśli się nie doczekam, to będę chodzić po deszczu sama. bardzo to lubię. albo z kimś w małych, żółtych kaloszach i czerwonej pelerynie. i to będzie równie wspaniałe.

***

wszystkiego najlepszego w dniu urodzin.
może ja w swoje dostanę kolczyki? od kogoś, kto odważy się mnie kochać w mojej bajce?
w tej bajce nie będzie bezsennych, nocnych zwierząt, które we mnie nie wierzą.
one zostaną przy swoim stoliku.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

ołów, nie gołębi puch

obserwuję gołębia siedzącego w deszczu na gałęzi świerku. ten świerk umarł stojąc. gołąb siedzi niczym nieruchomy poruszyciel i moknie. drzewo wygląda, jakby ktoś zaaplikował mu chemioterapię – jego gałęzie są łyse i smutne, nie dają rady ochronić ptaka przed deszczem. dlaczego głupek na nim siedzi, pomimo, że pięć metrów dalej rośnie wspaniała, rozłożysta choinka? dlaczego siedzi i moknie, marznie i pozwala, by jego piórka zamieniały się w brudnoszare zlepki? co za bezmyślne ptaszysko…

nie umiem oderwać od niego wzroku, patrzę przez szybę i słucham uspokajającego dźwięku deszczu dobiegającego z uchylonego okna. czuję nadchodzącą jesień, która zacznie się (według kalendarza) za sześć dni. zapachu jesieni nie można pomylić z niczym innym, ma w sobie nostalgię, ale jednocześnie powiew czegoś nowego, czegoś, co dopiero nadejdzie. ten zapach kojarzę od dawna z lekkim ukłuciem w brzuchu, zapowiadającym to, co niechybnie nastąpi. i z zimnem łaskoczącym w nos. w noc. bardzo lubię ten stan oczekiwania, lekkiego niepokoju, stan przed.

wszystkie początki zaczynają się jesienią.

wracam myślami i wzrokiem do gołębia i dochodzi do mnie, dlaczego tam siedzi. dochodzi do mnie, że wybrał kiedyś to drzewo i zdecydował, że będzie jego domem. zrobił to, gdy drzewo było piękne i rozłożyste, miało igły, dawało schronienie przed słońcem i deszczem. i wiatrem. jak mógłby więc zmienić je na jakiekolwiek inne? dla niego nadal było tym samym drzewem, które znalazł dawno temu. było jego schronieniem. pomimo, że już tylko z nazwy.

ten ptak wcale nie jest tak głupi, na jakiego wygląda.
dobrze się jesień zaczyna tego roku.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

i już

och, jak jest dobrze, jak dobrze mi. gdy jest tak dobrze, nie chcę pamiętać, że wszystko trwa tylko chwilę i za chwilę już dobrze nie będzie. że przeminie, skończy się, jak paznokieć na moim paluszku najmniejszym, tak szybko. więc jestem sobie w tym dobrze i się w tym dobrze zatapiam, nie chcę na powierzchnię złego wyjść, bo tam zimno znów będzie i mokro i do dupy.

i już.
znowu muszę się przykryć.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

nobody loves no one

powoli zapadał zmierzch, a do jej miasteczka został jeszcze szmat drogi. prowadziła już dobre cztery godziny, była zmęczona, bolały ją oczy i głowa. zaczęła żałować, że nie pomyślała o wyruszeniu wcześniej, albo zorganizowaniu podróży tak, by rozłożyć ją na dwa dni, z noclegiem w jakimś miłym miejscu. postanowiła zrobić krótką przerwę na siku, rozprostowanie kości i łyk ciepłej herbaty z termosu. to była jedyna rzecz, jaka pozostała jej po nim. jaskrawopomarańczowy termos, trzymający ciepło prawie dwanaście godzin. świetna rzecz.

znalazła jakąś boczną drogę, nieopodal starej chaty, z komina której unosił się słaby dym. październik ochrzciła w tym roku piździernikiem, bo temperatura często oscylowała wokół zera stopni, zwłaszcza rano. zatrzymała się na poboczu, wysiadła, udając się w kierunku niskich zarośli. w ostatnim momencie zobaczyła zarys jakichś postaci, rysujących się w szarym świetle wieczora. zawahała się, ale podeszła bliżej, zaintrygowana i nieco przestraszona. wydawało jej się, że osobnicy stoją daleko, ponieważ byli bardzo niscy. pomyślała, że pewnie ich nogi znajdują się poniżej nasypu drogi.

na poboczu stały trzy surykatki z nosami oświetlonymi dziwną poświatą. ich oczy wędrowały z lewej na prawą, a głowy kiwały się w takt niesłyszalnej muzyki. patrzyły na coś, co trzymały w małych łapkach i co rozświetlało ich pyszczki. wyglądało to hipnotyzująco, wręcz onirycznie. jak kobra kołysząca się w takt dźwięków fujarki.

„fajne jaja” – pomyślała, podchodząc jeszcze parę kroków – „chyba mam zwidy spowodowane zbyt długim siedzeniem za kierownicą… albo pogłębiła się moja kurza ślepota… przecież to niemożliwe, by surykatki stały sobie na poboczu drogi i bujały się do dźwięków Wicked Game!
z niedowierzaniem podeszła całkiem blisko zwierzątek, a te ani drgnęły. nosy miały wlepione w ekran telefonu na którym piękny Chris przytulał piękną Helenę.

jej telefonu, który zgubiła dwa miesiące temu.
trzysta kilometrów stąd.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.