najlepszy przyjaciel odpowiada

rozmowa z najlepszym przyjacielem

(cd. rozmowy z najlepszym przyjacielem)

to teraz ja ci powiem, twoim językiem, człowieku, co o tym wszystkim sądzę… dość mam tego biadolenia, że chciałeś, ale się zesrałeś. dość mam tych zepsutych szesnastu miesięcy, rozumiesz? czego ty tak naprawdę chcesz? wydaje się tobie, że wiesz, ale mam wrażenie, że gówno wiesz. piskasz, że chcesz w góry, że biedronki, że Żanetka?  taaa, uhm… człowieku, jak chcesz cokolwiek z tego mieć, skoro żyjesz w przeszłości? jak chcesz być szczęśliwy, gdy zamiast być tu i teraz z nią, rozpamiętujesz wszystkie nieszczęścia począwszy od swego dzieciństwa, a na ciężkim dni pracy skończywszy? czy ty w ogóle siebie słyszysz? obserwuję cię od ponad roku, jak się miotasz, niczym opętany, uciekasz wciąż uciekasz, pierdolisz kolejne szanse (dziesięć ich było, jeśli dobrze liczę, ta kobieta to jakaś kretynka), a zamiast działać, poprzestajesz na górnolotnych słowach, planach, które nigdy nie dochodzą do skutku? pielęgnujesz urazy, jak najcenniejsze doświadczenia, a wspaniałe przeżycia niszczysz i zamiatasz pod dywan. pełno pod nim zjebanych godzin, dni,  ba – nawet tygodni. i po co to wszystko? w imię czego? na pewno nie miłości… raczej miłości własnej, jakiejś dziwnie pojętej dumy i egoizmu.
nie mieści mi się we łbie, że w chwilach, gdy miałeś być przy niej, gdy najbardziej cię potrzebowała, ty byłeś z osobą, którą kochasz najbardziej – z sobą! mam za mały móżdżek, by skumać, ile razy zawiodłeś, ile razy postąpiłeś tak, że sam bym cię kopnął w dupę, ile razy epicko spierdoliłeś coś, co było wspaniałe.

***

Żanetka? wiesz w ogóle, o czym mówisz? gówno wiesz… co zrobiłeś, żeby ją mieć? wymień choć jedną pierdoloną rzecz… wydaje się tobie, że to zabawa w wychowywanie, tak, jak zabawiasz się od kilku już lat? to coś ci powiem – to nie jest zabawa. to przede wszystkim obowiązki, o których ty nie masz pojęcia. mylą ci się pieniądze z obecnością, wiesz? z uczestnictwem, z partycypowaniem w życiu tej małej. ale skąd możesz wiedzieć, skoro nigdy tego nie robiłeś, no tak…

***

twierdzisz, że chcesz być szczęśliwy? ja sądzę, że wolisz marnować swoje życie, a bycie ofiarą, to twoja misja. przykro mi, ale tak to widzę. ty nie jesteś autorem swego życia, ty jesteś aktorem. odgrywasz rolę, w jaką wszedłeś dawno temu i nie jesteś w stanie przestać jej grać. smutne to bardzo. smutne i krzywdzące niewinne osoby. a ja nie lubię udawania, nie cierpię wręcz… żałuję, że muszę tu z tobą siedzieć, bo wolałbym mieszkać z kimś, kto jest artystą swego życia, nie aktorem. z kimś, kto cieszy się z małych rzeczy i codziennych doświadczeń, bo to one stanowią o sensie istnienia. z kimś, kto umie wznieść się ponad swój egoizm w imię czegoś większego i piękniejszego. z kimś, kto nie zwala swoich błędów na nieudane dzieciństwo, młodość, czy byłego męża. kimś, kto jest panem swojego życia i umie dać życie komuś innemu, bez nieustannego uciekania przed najmniejszymi problemami.

***

chłopie, otwórz te cholerne drzwi, sam się wyprowadzę na spacer, sikać mi się chce. ale już nie wrócę. może wtedy dojdzie do twojego pustego łba, że zostałeś sam jak palec i żadne twoje gadżety, kursy czy pomysły, tej pustki nie wypełnią. może zrozumiesz, że spierdoliłeś coś przepięknego, coś co mogło stać się największą przygodą w twoim życiu.
a skąd wiesz, ile go jeszcze zostało, hę?

hau! hau! otwieraj te drzwi, słyszysz?!
wolę być bezdomnym psem, niż mieszkać z kimś takim, jak ty.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

jesteś

a więc jesteś.

właśnie minęły cztery tygodnie, odkąd każdego dnia trzymam cię w ramionach, a ja nadal nie mogę uwierzyć, że cię mam oraz że czas może pędzić tak szybko. dwa miesiące temu, spacerując po lesie, zastanawiałam się, jak to będzie, gdy już będziesz, a teraz staram się przypomnieć sobie, jak to było, zanim się pojawiłaś i nie jestem w stanie. bo twoja obecność jest dla mnie naturalna, jak oddychanie. i choć wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż zaplanowałam (nie powinnam tego robić, plany w moim życiu są niewykonalne), to tak naprawdę jest dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłam. wpasowałaś się idealnie w mój świat, ja dopasowałam się do twojego – doskonała ta nasza symbioza.

ty śpisz, ja mogę pracować, pisać, czytać, prasować twoje ubranka, leżeć i medytować, uciąć drzemkę, jak z czasów przed Batmanem… czego chcieć więcej? patrzę na słońce przebijające się przez zasłonięte żaluzje, gdzie bokiem wchodzi, mimochodem, potajemnie i robi mi na łóżku pokaz. mam to cudne poczucie lata, wakacji, beztroski, uczucie, które pojawia się znienacka, dopada w chwilach, gdy czas staje w miejscu, jak zapach rozgrzanego piasku i potu na nosie.  zapach skoszonej trawy, która uczula i woń piwonii u babci w ogródku. zapach ogniska wieczorem i szemrzącej rzeczki u podnóża góry. to ostatnie wspomnienie minęło i już nie wróci, pomimo kilku(nastu) prób i  niepotrzebnych oczekiwań. wiem jednak, że jeszcze wiele takich magicznych chwil przede mną, wszak w tworzeniu nowych wspomnień upatruję cel życia. swojego a teraz i twojego.

twoja obecność pomaga mi posegregować sprawy, ludzi, priorytety i szybciej pozbywam się teraz złudzeń i niepotrzebnych emocji. liczę tylko na tych, którzy mnie nie zawodzą, doceniam siłę rodziny i prawdziwej przyjaźni. i często, bardzo często, czuję swoją moc – moc kobiety, matki, siostry i przyjaciółki. to wielki dar, takie dostrzeganie tego, co dobre, co łączy i co tworzy kobiecą wspólnotę. i nie opuszcza mnie to poczucie od dnia twych narodzin.
dlatego cieszę się, że tu jesteś. i że jesteś dziewczynką.

witaj na świecie, córeczko.
zawsze będę przy tobie.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

spaceruję

zimno i wietrznie dziś.
wieczne dziś. nareszcie nie jutro, nie wczoraj.
chodzę po lesie i jestem kałużą, błotem, jestem niebem, konarami na tle chmur. śpiewam twoje imię, kołysankę dla nieznajomej.  nic innego nie przychodzi mi do głowy. skupiam się na odgłosach przyrody i moje własne dźwięki wydają mi się ułomne i nie na miejscu. oddaję pole do popisu ptakom, szumowi drzew i szelestom przemykających tu i ówdzie zwierząt.
powtarzam więc to miłe słowo kilkadziesiąt razy, przeciągam na samogłoskach, aż wbija mi się w najodleglejsze zakamarki umysłu. oswoiłam je.

wyobrażam sobie twoją twarz i głos. jaka będziesz, mała?
spokojna, jak woda w strumyku, cicho płynąca pomiędzy kamieniami, czy narowista, niczym młody źrebak? wyobraźnia podsuwa mi najróżniejsze obrazy, wrodzony realizm wygrywa z pesymistycznymi wróżbami. optymizm włącza się na samym końcu, jak zwykle.
będziesz…

boję się, a jednocześnie nie mogę doczekać twego widoku. ten strach nie zniknie już nigdy, wiem o tym. ale chcę, żebyś już przyszła.

jestem gotowa.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

ludzik

– mała, masz tu piernikowego ludzika na pożegnanie
– fajnie, będę go jeść po kawałku. tylko wtedy, gdy zatęsknię, ok?

więc nie ma cię dopiero drugi tydzień, a ja zjadłam mu już lewą rączkę i kawałek nóżki. za dwa miesiące ty będziesz miał brodę i włosy, jak wiking, a ja nie będę miała piernikowego towarzysza, tego jestem pewna. są takie dni, że mogłabym go pożreć w całości. w całości tego, co pozostało. opanowuję się jednak i próbuję być chomikiem. jak w dzieciństwie, kiedy trzymałam czekolady tak długo, aż zbielały. jadłam je po kosteczce, liżąc podczas czytania książek. podobno dzieci, które umieją odraczać swoją przyjemność, wyrastają na bardziej zdyscyplinowane i łatwiej osiągają swoje cele. cóż, byłam mistrzem prokrastynacji przyjemności.

może cierpliwość to ta cecha, która pozwala mi teraz na bycie Penelopą, choć wolałabym być Odyseuszem?

on mi się zgniótł w torbie pierwszego dnia, ja się do czekania nie nadaję.
dawno nie byłam dzieckiem.

już prawie wiosna.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

smutność

kiedy jest mi smutno, nie lubię tego stanu niczym rozrzedzać. robię z niego roztwór nasycony, dokładam tam wszystko, co sprawi, że nic więcej już się nie rozpuści. aż do wytrącenia w postaci łez. jak Maria Skłodowska, wpatrująca się co wieczór w kawałeczek soli radu w fiolce, do utraty wzroku. boli, ale nie przestaję, aż do zupełnego zniknięcia przyczyny smutności. dzieje się to przeważnie w niedziele, nigdy ich nie lubiłam i tak już pozostanie. to taki ambiwalentny dzień wolny, który czuje na plecach oddech poniedziałku i nie może przez to zluzować pośladków. wolny-niewolny.

wytrącenie osadu daje ulgę, bąbelki smutku pękają rozbryzgując się na komodzie i biurku. wycieram oczy i nos, chusteczką schowaną w kieszeni na brzuchu, powinna ważyć ze dwa kilo, na szczęście szybko wysycha. niestety zauważam w necie zdjęcie jakiegoś pana w za dużych okularach, nie wiedzieć czemu, widok ten zawsze mnie roztkliwia. albo przypominam sobie twoje zmarszczki mimiczne wokół oczu. i znowu dzieje się to samo. jestem psychicznie chora, nikt normalny nie płacze z powodu czyichś zmarszczek. tyle razy mówiłam, żebyś używał kremu pod oczy, albo żelu ze świetlika, ale nie. a ja potem płaczę.

powodem może być też stare zdjęcie z przedszkola, na którym moja siostra usiłuje uśmiechać się przez łzy, ponieważ ściskam jej rękę do bólu. mam na tym zdjęciu minę terminatora i jeszcze nie wiem, że 25 lat później to ja będę płakać, ilekroć na nie spojrzę.

może to hormony, a może niedziele.
bo w niedziele jakoś smutność.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.