ołów, nie gołębi puch

obserwuję gołębia siedzącego w deszczu na gałęzi świerku. ten świerk umarł stojąc. gołąb siedzi niczym nieruchomy poruszyciel i moknie. drzewo wygląda, jakby ktoś zaaplikował mu chemioterapię – jego gałęzie są łyse i smutne, nie dają rady ochronić ptaka przed deszczem. dlaczego głupek na nim siedzi, pomimo, że pięć metrów dalej rośnie wspaniała, rozłożysta choinka? dlaczego siedzi i moknie, marznie i pozwala, by jego piórka zamieniały się w brudnoszare zlepki? co za bezmyślne ptaszysko…

nie umiem oderwać od niego wzroku, patrzę przez szybę i słucham uspokajającego dźwięku deszczu dobiegającego z uchylonego okna. czuję nadchodzącą jesień, która zacznie się (według kalendarza) za sześć dni. zapachu jesieni nie można pomylić z niczym innym, ma w sobie nostalgię, ale jednocześnie powiew czegoś nowego, czegoś, co dopiero nadejdzie. ten zapach kojarzę od dawna z lekkim ukłuciem w brzuchu, zapowiadającym to, co niechybnie nastąpi. i z zimnem łaskoczącym w nos. w noc. bardzo lubię ten stan oczekiwania, lekkiego niepokoju, stan przed.

wszystkie początki zaczynają się jesienią.

wracam myślami i wzrokiem do gołębia i dochodzi do mnie, dlaczego tam siedzi. dochodzi do mnie, że wybrał kiedyś to drzewo i zdecydował, że będzie jego domem. zrobił to, gdy drzewo było piękne i rozłożyste, miało igły, dawało schronienie przed słońcem i deszczem. i wiatrem. jak mógłby więc zmienić je na jakiekolwiek inne? dla niego nadal było tym samym drzewem, które znalazł dawno temu. było jego schronieniem. pomimo, że już tylko z nazwy.

ten ptak wcale nie jest tak głupi, na jakiego wygląda.
dobrze się jesień zaczyna tego roku.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

i już

och, jak jest dobrze, jak dobrze mi. gdy jest tak dobrze, nie chcę pamiętać, że wszystko trwa tylko chwilę i za chwilę już dobrze nie będzie. że przeminie, skończy się, jak paznokieć na moim paluszku najmniejszym, tak szybko. więc jestem sobie w tym dobrze i się w tym dobrze zatapiam, nie chcę na powierzchnię złego wyjść, bo tam zimno znów będzie i mokro i do dupy.

i już.
znowu muszę się przykryć.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

nobody loves no one

powoli zapadał zmierzch, a do jej miasteczka został jeszcze szmat drogi. prowadziła już dobre cztery godziny, była zmęczona, bolały ją oczy i głowa. zaczęła żałować, że nie pomyślała o wyruszeniu wcześniej, albo zorganizowaniu podróży tak, by rozłożyć ją na dwa dni, z noclegiem w jakimś miłym miejscu. postanowiła zrobić krótką przerwę na siku, rozprostowanie kości i łyk ciepłej herbaty z termosu. to była jedyna rzecz, jaka pozostała jej po nim. jaskrawopomarańczowy termos, trzymający ciepło prawie dwanaście godzin. świetna rzecz.

znalazła jakąś boczną drogę, nieopodal starej chaty, z komina której unosił się słaby dym. październik ochrzciła w tym roku piździernikiem, bo temperatura często oscylowała wokół zera stopni, zwłaszcza rano. zatrzymała się na poboczu, wysiadła, udając się w kierunku niskich zarośli. w ostatnim momencie zobaczyła zarys jakichś postaci, rysujących się w szarym świetle wieczora. zawahała się, ale podeszła bliżej, zaintrygowana i nieco przestraszona. wydawało jej się, że osobnicy stoją daleko, ponieważ byli bardzo niscy. pomyślała, że pewnie ich nogi znajdują się poniżej nasypu drogi.

na poboczu stały trzy surykatki z nosami oświetlonymi dziwną poświatą. ich oczy wędrowały z lewej na prawą, a głowy kiwały się w takt niesłyszalnej muzyki. patrzyły na coś, co trzymały w małych łapkach i co rozświetlało ich pyszczki. wyglądało to hipnotyzująco, wręcz onirycznie. jak kobra kołysząca się w takt dźwięków fujarki.

„fajne jaja” – pomyślała, podchodząc jeszcze parę kroków – „chyba mam zwidy spowodowane zbyt długim siedzeniem za kierownicą… albo pogłębiła się moja kurza ślepota… przecież to niemożliwe, by surykatki stały sobie na poboczu drogi i bujały się do dźwięków Wicked Game!
z niedowierzaniem podeszła całkiem blisko zwierzątek, a te ani drgnęły. nosy miały wlepione w ekran telefonu na którym piękny Chris przytulał piękną Helenę.

jej telefonu, który zgubiła dwa miesiące temu.
trzysta kilometrów stąd.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

zapomniałam

dziesięć tygodni, to bardzo dużo, dla kogoś, kto jeszcze przed jedenastoma był w zupełnie innym świecie. w tamtym świecie było ciepło, ciemno i przyjemnie, choć coraz ciaśniej. dziesięć tygodni to bardzo mało dla kogoś, kto zaczął przygodę mającą trwać do końca jego życia. dziesięć tygodni, to tylko trochę więcej, niż dwa miesiące (zawsze śmiałam się z tego odmierzania czasu jednostkami dzielącymi rok na 52, a nie 12 kawałków)

córeczko, jesteś ze mną prawie trzeci miesiąc! każdego dnia odkrywam z tobą świat na nowo, przypominam sobie o małych codziennostkach, o których dawno zapomniałam, albo nigdy ich sobie nie uświadamiałam.
zapomniałam, jak to jest patrzeć komuś w oczy i widzieć w nich bezgraniczną radość i zaufanie.
zapomniałam, jak to jest śmiać się tysiąc razy dziennie, tylko dlatego, że się żyje.
zapomniałam, jak to jest zachwycać się ruchem swojej dłoni, poruszaniem palcami i zaciskaniem jej w pięść.
zapomniałam nawet, że można mówić bez słów i zdań, całą sobą czując to, co chcesz mi przekazać.
i słysząc to, czego nikt inny nie usłyszy.

dziękuję ci, maleńka.
za moje drugie życie.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

 

 

nieprzystawalność

najtrudniej jest pogodzić się z nieprzystawalnością wzajemnych oczekiwań.
ja chciałam czytać, ty chciałeś spać.
ja chciałam rodzić, ty chciałeś się spowiadać.
ja chciałam rozmawiać, ty chciałeś jechać.

byliśmy jak dwa kaktusy.
to się nie mogło udać.

jestem rozczarowana, jak wtedy gdy cyckałam niebieskiego emenemsa i cyckałam, aż całkiem się rozpuścił, a orzecha w nim nie było.
ale w paczce jest ich jeszcze wiele.
i wszystkie pozostałe mają orzechy.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.