rzeczy do zrobienia

kubek z czerwonym sercem stłukł się podczas zbyt gwałtownej jazdy samochodem, albo zbyt gwałtownego przepakowywania po podróży. jego resztki niech będą wiecznym memento, nie wyrzucaj ich
(nigdy więcej nie pakować się do plecaka, kupić w końcu walizki, jak stateczna pani)

lecz to nie plecak zawinił, a oszalały kierowca, plecaki nie prowadzą samochodów
(nigdy więcej nie pakować się do samochodu z oszalałym kierowcą)

zniknęło mi serce, osunęło się w dół i czuję je pod lewym żebrem. myślę, że jest już w żołądku, to dobrze, niedługo je strawię i wydalę, będzie spokój
dwa drewniane, które powiesiłam na druciku, też zniknęły. dobre sobie, poszły na wycieczkę, albo ktoś je sobie przywłaszczył
(nigdy więcej nie wpuszczać złodzieja)

szczypie mnie w rękę, ciągnie za włosy i kopie po udach. boli
(nigdy więcej nie czuć bólu, wystarczy)

lubię deszcz, gdy jest mi ciepło i mogę go wąchać i kontemplować, a nie moknąć
(nigdy więcej nie czuć winy, gdy świeci słońce)

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

fleszbeki

Siadamy w pociągu. Dziewczyna z naprzeciwka odbiera telefon.
– Jestem w pociągu! – drze się na cały wagon.
– Pociągiem jadę! – powtarza.
– No, jadę pociągiem! – krzyczy jeszcze głośniej.

R. dostaje głupawki, jak w kinie, gdy dostał ataku na ostatnim Allenie. Wiem, czym się to skończy, więc się powstrzymuję przed dołączeniem do niego. Ale se ne da, bo dziewczę kontynuuje:
– Jadę przez las!!
Parskam, bo już nie mogę, R. kwiczy na całego.
– Przez las jadę!!

R. chichra, jak opętany, ja już też, dziewczyna po raz trzeci drze się do telefonu:
– Mówię przecież, że jadę przez las!! No, tak jakby las…
W tym momencie piejemy na całego, bo mijamy jakieś pojedyncze drzewa, bidne, jak po oprysku.
Blond piękność, o głosie jak dzwon, mówi:
– Pogadamy na żywo, będę na miejscu za jakąś godzinę…
R. scenicznym szeptem do mnie:
– Przecież ja tego nie wytrzymam?
– Śpij – mówię. Sen ci pomoże.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

to nie sen

W tę ciepłą, sierpniową noc spała sama.

Ułożona w pozycji drzewa, w idealnym rozluźnieniu sprzyjającym maksymalnemu odpoczynkowi mięśni. W pozycji tej mogła spać tylko w samotności, ze względu na jej specyfikę – przyklejając prawą stopę do lewej nogi, kolanem-konarem odpychała potencjalnego kochanka.

Jakieś pół godziny po zaśnięciu obudził ją głos. Głos kogoś wołającego jej imię.

Był bardzo wyraźny i niemal namacalny. Dochodził z tej strony łóżka, po której ułożone w stosie leżały książki oczekujące cierpliwie, aż minie jej tsundoku, na które cierpiała od szesnastu miesięcy. Szesnaście miesięcy kupowania książek i odkładania ich jedna na drugiej, zaowocowało ładną wieżyczką. Strzelniczą. Mogła strzelać z niej do swych rozbieganych myśli, które przez ciągłe bycie online, nie pozwalały jej przeczytać więcej, niż parę stron dziennie. Google rozpierdoliło mi głowę – ten cytat pasował do niej idealnie.

Wołanie powtórzyło się i ze zdziwieniem zrozumiała, że to kot. Milutki Ragdoll wołał jej imię. Świetnie – pomyślała – chyba mi odbija. Kot kukiełka do mnie gada?

W tej samej sekundzie usłyszała inny hałas i tym razem nie mogła się mylić. Dochodził zza okna. Coś jakby szuranie, lub drapanie suchego drewna. Albo anakonda buszująca w beczce po oleju spalinowym. Dobra – pomyślała, gdy po dziesięciu minutach hałas nie ustawał – zobaczę, czy to upierdliwy borsuk przekopuje śmieci i szuka skarbów na nocnym polowaniu, czy jakiś Panżulini łowca puszek vel Indiana Dżons nocy, skrada się na tropach zaginionej butelki? Była zła i miała dość. Musiała coś zrobić, bo pozbycie się hałasu przez zamknięcie okna równało się wejściu do piekarnika, nastawieniu na 220 stopni i zamienieniu się w muffina. Czekoladowego, biorąc pod uwagę odcień jej skóry, zbrązowiałej od chodzenia niemal-na-golasa, bo gorąco. 

Wyjrzała za okno i przyczajona, jak jeż na salceson, czekała w ciemności, aż oczy przyzwyczają się do ciemnego atramentu rozlanego na trawniku piętro niżej. Latarnie oczywiście nie świeciły, bo po co. No i było cicho, zero szelestów i odgłosów. Po chwili jednak zauważyła małe, migające coś. Jakby pomarańczowe światełko. Tu cię mam – pomyślała – widzę twoją żarzącą się fajkę, padalcze. Była pewna, że ktoś stoi na krawężniku i pali, obserwując ją. Wstrzymując oddech, wgapiała się w ciemność pod drzewem, usiłując dostrzec coś więcej. Po jakichś trzech minutach zrozumiała, że to, co wzięła za ognik papierosa, jest diodą od alarmu samochodowego. Poczuła się jak idiotka i zła na siebie już miała wracać do łóżka, gdy nagle usłyszała ten sam, irytujący dźwięk. Dochodził z prawej strony, tam, gdzie stały samochody. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, by zejść na dół i rozprawić się z delikwentem. Albo krzyknąć głośno: długo tak jeszcze, do cholery? Wytężyła wzrok i zamarła w bezruchu, czując, jak jej serce przyspiesza. Dostrzegła jakby zarys postaci w ciemnym kapturze. Zrobiło jej się gorąco, bo zrozumiała, że naprawdę ktoś się jednak na nią gapił od dłuższego czasu. 
– Długo tak jeszcze? – usłyszała i osłupiała, bo to były dokładnie te słowa, które cisnęły się jej na usta od kilkunastu minut. Głos wydał się jej dziwnie znajomy. Czy ja wariuję? – pomyślała znowu. Złość wymieszana z zaciekawieniem, sprawiła jednak, że wychyliła się z okna jeszcze mocniej, starając się rozpoznać kogoś, kto bawił się z nią w jakieś głupie podchody. Ciemną postać dzieliło od niej teraz tylko parę metrów. I wtedy postać odwróciła się i spojrzała prosto na nią. Poczuła, że brakuje jej tchu, a wokół zaczynają wirować drzewa pod oknem, trawnik, samochody i śpiące latarnie.


Patrzyła w swoją własną twarz. 

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

radość

kochana córeczko!

masz już dziewięć miesięcy i żyjesz na zewnątrz mnie, już tak długo, jak żyłaś we mnie. tak jak dzień może zrównać się z nocą, światło z ciemnością, to życie tam, zrównało się właśnie z życiem tutaj.
równożycie.
a jeśli cieszysz się z tego, że jestem twoją mamą, choć w połowie tak bardzo jak ja, to masz też równoradość.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

 

palić

kupiłam czarną czapkę, na znak żałoby po utraconych nadziejach i głębokiego rozczarowania. głębokiego jak moje dziewięciomiesięczne wory pod oczami i jak naiwność dziecka idącego z nieznajomym na lody. jak nadzieja kogoś, kto wierzy w ananasy na wierzbie i czereśnie w kapuście. metafory te niewystarczająco oddają ducha tego żałosnego stanu, którego doświadczam.
więc wkładam tę czapę i idę na długi spacer. tak dawno nie wychodziłam z domu… rozczarowania należy palić, a nie balsamować, więc zrobię z nich ognisko.

***

uwielbiam to ciepło na twarzy. w blasku płomieni jakoś wyraźniej widzę, że wszystko zaczyna układać się, niczym kredki w pudełku. i choć niektóre są połamane, niektóre nienaostrzone, a jeszcze inne obgryzione, to pasują tam idealnie. każda ma swoje miejsce i ładnie grzechoczą, ocierając się o siebie. nie potrzebuję nowych, te są dla mnie idealne. bo moje.
umiem rysować nimi swoje światy i nikomu nie pozwolę zastąpić ich nowymi, ostrymi, pachnącymi. a nawet mazakami.
lubię stare drewno, stare podłogi, stare książki i samochody. niech sobie inni jeżdżą furami, kolorują flamastrami i czytają na kindlach. to nie mój świat, nie moje zapachy. najpiękniejszy zapach świata (oprócz zapachu R.), to zapach wspólnie wypitej kawy o poranku, wiosny za oknem i książki otwartej w połowie.

***

ten, kto chce lecieć rakietą przez życie, niech ląduje na swojej planecie, moja jest na to za mała. zmieści się na niej tylko jeden lis i jeden wulkan, róże nam tutaj nie są potrzebne. to najbardziej egoistyczne z kwiatów, przy nich każda inna roślina czuje się zraniona. niewystarczająca. zbyt zwyczajna.
róże dobrze prezentują się w pojedynkę, dumnie wznosząc swoją główkę w wyuczonej pozie. buńczuczność swą zachowują na zawsze – nawet gdy już smutno sterczą ich wysuszone na wiór truchła.

***

mam dziwne sny, dużo ich ostatnio. już dwa razy śniły mi się kobiety bez dłoni. same ich sobie raczej nie odcięły.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.