to nie sen

W tę ciepłą, sierpniową noc spała sama.

Ułożona w pozycji drzewa, w idealnym rozluźnieniu sprzyjającym maksymalnemu odpoczynkowi mięśni. W pozycji tej mogła spać tylko w samotności, ze względu na jej specyfikę – przyklejając prawą stopę do lewej nogi, kolanem-konarem odpychała potencjalnego kochanka.

Jakieś pół godziny po zaśnięciu obudził ją głos. Głos kogoś wołającego jej imię.

Był bardzo wyraźny i niemal namacalny. Dochodził z tej strony łóżka, po której ułożone w stosie leżały książki oczekujące cierpliwie, aż minie jej tsundoku, na które cierpiała od szesnastu miesięcy. Szesnaście miesięcy kupowania książek i odkładania ich jedna na drugiej, zaowocowało ładną wieżyczką. Strzelniczą. Mogła strzelać z niej do swych rozbieganych myśli, które przez ciągłe bycie online, nie pozwalały jej przeczytać więcej, niż parę stron dziennie. Google rozpierdoliło mi głowę – ten cytat pasował do niej idealnie.

Wołanie powtórzyło się i ze zdziwieniem zrozumiała, że to kot. Milutki Ragdoll wołał jej imię. Świetnie – pomyślała – chyba mi odbija. Kot kukiełka do mnie gada?

W tej samej sekundzie usłyszała inny hałas i tym razem nie mogła się mylić. Dochodził zza okna. Coś jakby szuranie, lub drapanie suchego drewna. Albo anakonda buszująca w beczce po oleju spalinowym. Dobra – pomyślała, gdy po dziesięciu minutach hałas nie ustawał – zobaczę, czy to upierdliwy borsuk przekopuje śmieci i szuka skarbów na nocnym polowaniu, czy jakiś Panżulini łowca puszek vel Indiana Dżons nocy, skrada się na tropach zaginionej butelki? Była zła i miała dość. Musiała coś zrobić, bo pozbycie się hałasu przez zamknięcie okna równało się wejściu do piekarnika, nastawieniu na 220 stopni i zamienieniu się w muffina. Czekoladowego, biorąc pod uwagę odcień jej skóry, zbrązowiałej od chodzenia niemal-na-golasa, bo gorąco. 

Wyjrzała za okno i przyczajona, jak jeż na salceson, czekała w ciemności, aż oczy przyzwyczają się do ciemnego atramentu rozlanego na trawniku piętro niżej. Latarnie oczywiście nie świeciły, bo po co. No i było cicho, zero szelestów i odgłosów. Po chwili jednak zauważyła małe, migające coś. Jakby pomarańczowe światełko. Tu cię mam – pomyślała – widzę twoją żarzącą się fajkę, padalcze. Była pewna, że ktoś stoi na krawężniku i pali, obserwując ją. Wstrzymując oddech, wgapiała się w ciemność pod drzewem, usiłując dostrzec coś więcej. Po jakichś trzech minutach zrozumiała, że to, co wzięła za ognik papierosa, jest diodą od alarmu samochodowego. Poczuła się jak idiotka i zła na siebie już miała wracać do łóżka, gdy nagle usłyszała ten sam, irytujący dźwięk. Dochodził z prawej strony, tam, gdzie stały samochody. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, by zejść na dół i rozprawić się z delikwentem. Albo krzyknąć głośno: długo tak jeszcze, do cholery? Wytężyła wzrok i zamarła w bezruchu, czując, jak jej serce przyspiesza. Dostrzegła jakby zarys postaci w ciemnym kapturze. Zrobiło jej się gorąco, bo zrozumiała, że naprawdę ktoś się jednak na nią gapił od dłuższego czasu. 
– Długo tak jeszcze? – usłyszała i osłupiała, bo to były dokładnie te słowa, które cisnęły się jej na usta od kilkunastu minut. Głos wydał się jej dziwnie znajomy. Czy ja wariuję? – pomyślała znowu. Złość wymieszana z zaciekawieniem, sprawiła jednak, że wychyliła się z okna jeszcze mocniej, starając się rozpoznać kogoś, kto bawił się z nią w jakieś głupie podchody. Ciemną postać dzieliło od niej teraz tylko parę metrów. I wtedy postać odwróciła się i spojrzała prosto na nią. Poczuła, że brakuje jej tchu, a wokół zaczynają wirować drzewa pod oknem, trawnik, samochody i śpiące latarnie.


Patrzyła w swoją własną twarz. 

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

ołów, nie gołębi puch

obserwuję gołębia siedzącego w deszczu na gałęzi świerku. ten świerk umarł stojąc. gołąb siedzi niczym nieruchomy poruszyciel i moknie. drzewo wygląda, jakby ktoś zaaplikował mu chemioterapię – jego gałęzie są łyse i smutne, nie dają rady ochronić ptaka przed deszczem. dlaczego głupek na nim siedzi, pomimo, że pięć metrów dalej rośnie wspaniała, rozłożysta choinka? dlaczego siedzi i moknie, marznie i pozwala, by jego piórka zamieniały się w brudnoszare zlepki? co za bezmyślne ptaszysko…

nie umiem oderwać od niego wzroku, patrzę przez szybę i słucham uspokajającego dźwięku deszczu dobiegającego z uchylonego okna. czuję nadchodzącą jesień, która zacznie się (według kalendarza) za sześć dni. zapachu jesieni nie można pomylić z niczym innym, ma w sobie nostalgię, ale jednocześnie powiew czegoś nowego, czegoś, co dopiero nadejdzie. ten zapach kojarzę od dawna z lekkim ukłuciem w brzuchu, zapowiadającym to, co niechybnie nastąpi. i z zimnem łaskoczącym w nos. w noc. bardzo lubię ten stan oczekiwania, lekkiego niepokoju, stan przed.

wszystkie początki zaczynają się jesienią.

wracam myślami i wzrokiem do gołębia i dochodzi do mnie, dlaczego tam siedzi. dochodzi do mnie, że wybrał kiedyś to drzewo i zdecydował, że będzie jego domem. zrobił to, gdy drzewo było piękne i rozłożyste, miało igły, dawało schronienie przed słońcem i deszczem. i wiatrem. jak mógłby więc zmienić je na jakiekolwiek inne? dla niego nadal było tym samym drzewem, które znalazł dawno temu. było jego schronieniem. pomimo, że już tylko z nazwy.

ten ptak wcale nie jest tak głupi, na jakiego wygląda.
dobrze się jesień zaczyna tego roku.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

smutność

kiedy jest mi smutno, nie lubię tego stanu niczym rozrzedzać. robię z niego roztwór nasycony, dokładam tam wszystko, co sprawi, że nic więcej już się nie rozpuści. aż do wytrącenia w postaci łez. jak Maria Skłodowska, wpatrująca się co wieczór w kawałeczek soli radu w fiolce, do utraty wzroku. boli, ale nie przestaję, aż do zupełnego zniknięcia przyczyny smutności. dzieje się to przeważnie w niedziele, nigdy ich nie lubiłam i tak już pozostanie. to taki ambiwalentny dzień wolny, który czuje na plecach oddech poniedziałku i nie może przez to zluzować pośladków. wolny-niewolny.

wytrącenie osadu daje ulgę, bąbelki smutku pękają rozbryzgując się na komodzie i biurku. wycieram oczy i nos, chusteczką schowaną w kieszeni na brzuchu, powinna ważyć ze dwa kilo, na szczęście szybko wysycha. niestety zauważam w necie zdjęcie jakiegoś pana w za dużych okularach, nie wiedzieć czemu, widok ten zawsze mnie roztkliwia. albo przypominam sobie twoje zmarszczki mimiczne wokół oczu. i znowu dzieje się to samo. jestem psychicznie chora, nikt normalny nie płacze z powodu czyichś zmarszczek. tyle razy mówiłam, żebyś używał kremu pod oczy, albo żelu ze świetlika, ale nie. a ja potem płaczę.

powodem może być też stare zdjęcie z przedszkola, na którym moja siostra usiłuje uśmiechać się przez łzy, ponieważ ściskam jej rękę do bólu. mam na tym zdjęciu minę terminatora i jeszcze nie wiem, że 25 lat później to ja będę płakać, ilekroć na nie spojrzę.

może to hormony, a może niedziele.
bo w niedziele jakoś smutność.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

zamieniam huśtawkę na fotel

jedno znalazłam latem pod mostem, gdzie robiłam zdjęcia nieba, które spadło na ziemię. roztrzaskana tafla szkła, w kolorze paryskiego błękitu, leżała sobie spokojnie wśród śmieci i chwastów porastających dawną linię kolejki wąskotorowej. uważałam bardzo, by odłamek nie wpadł mi do oka, jak Kajowi z Królowej Śniegu. dziesięć metrów dalej stało ono – szkaradne, drewniane krzesło z pomarańczową tkaniną na siedzisku i oparciu. było ohydne, więc wzięłam je pod pachę i przytargałam do domu. stoi na strychu i czeka, aż dam mu nowe życie, obiję skórą i wstawię do pokoju.
albo oddam komuś, kto na to zasłuży.

drugie zauważyłam zupełnym przypadkiem – jadąc w rzęsistym deszczu do sklepu po kredki. październik był szary i smutny, chciałam go jakoś pokolorować. krzesło, takie standardowo-biurowe, z podłokietnikami z tworzywa sztucznego i regulowaną wysokością. kwintesencja brzydoty i funkcjonalizmu. stało na parkingu i gapiło się w pobliskie drzewa. wyglądało tak żałośnie, że chciałam je przygarnąć, pomimo zupełnej aberracji estetycznej. albo chociaż usiąść i pogapić się w te drzewa z nim.
na nim.

pomiędzy tymi dwoma znaleziskami, były jeszcze fotele zabrane z działki znajomego. pozbył się ich z radością. a ja z radością przecierałam papierem ściernym ich oparcia i czyściłam tapicerkę w kolorze gorzkiej czekolady. drewno i klasyczny styl lat siedemdziesiątych sprawił, że od razu zapałałam do nich miłością. i stoją dumnie oba – jeden w kuchni, drugi w pokoju. ten w kuchni to towarzysz śniadań, kawy wypijanej przed pracą i królestwo kota. drugi fotel wciąż czeka na wypełnienie swego przeznaczenia. wiem, że usiądę w nim niedługo i wezmę na kolana kogoś, kto kocha mnie miłością bezwarunkową.
usiądę i odpłynę w ocean oksytocyny.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

żaby i orzeszki pekan

to taki dobry czas
kot znów do pokoju wlazł
i miauczy wniebogłosy
daj mokreeeeego!
dobra, padalcu, dostaniesz jak się wyśpię
ty jesteś kot, tutaj ja rządzę
twój otwieracz do puszek

daj pospać
niech mi się śni
że mam żaby w brzuchu
czuję ich ruchy
przyjemne to

pyszne są lody jogurtowe z orzeszkami pekan i miodem
chałwa wychodzi na prowadzenie przed marcepanem
książki przed pseudorozmowy
pastele i akryle przed cienie do oczu
zdjęcia w lesie przed zdjęcia czyjegoś obiadu na fejsbuku
przebywanie sama ze sobą nad przebywanie z tobą

i muzyka

tak że tak
to taki dobry czas

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.