las

spaceruję

zimno i wietrznie dziś. wieczne dziś. nareszcie nie jutro, nie wczoraj. chodzę po lesie i jestem kałużą, błotem, jestem niebem, konarami na tle chmur. śpiewam twoje imię, kołysankę dla nieznajomej.  nic innego nie przychodzi mi do głowy. skupiam się na odgłosach przyrody i moje własne dźwięki wydają mi się ułomne i nie na miejscu. oddaję…

zamieniam huśtawkę na fotel

jedno znalazłam latem pod mostem, gdzie robiłam zdjęcia nieba, które spadło na ziemię. roztrzaskana tafla szkła, w kolorze paryskiego błękitu, leżała sobie spokojnie wśród śmieci i chwastów porastających dawną linię kolejki wąskotorowej. uważałam bardzo, by odłamek nie wpadł mi do oka, jak Kajowi z Królowej Śniegu. dziesięć metrów dalej stało ono – szkaradne, drewniane krzesło…

sto dni Batmana

rok temu robił ich wspólne zdjęcia w wagoniku kolejki górskiej, w którym ktoś wyrył na szybie napis szajba. to było jak ostrzeżenie od losu, widoczne w jaskrawym świetle słońca, prześwitującego co chwilę przez konary sosnowego lasu. ostra jazda bez trzymanki, czasem słońce, często mrok. feeria różnorodnych emocji, które spalają. totalna szajba. wiedziała to już trzy…

tato zbuduję ci robota

tato, zbuduję ci robota

na początku była chłopcem. jadła kiszoną kapustę, kwaśno-gorzkie grejpfruty i piła litry wody z cytryną. to było pyszne! cieszyła się, że już niedługo będzie grała z tatą w piłkę, chodzić na wyprawy do lasu i budować tamy dla bobrów, rozpalać ognisko i piec na nim rybę. ale później coś się stało, zaczęło jej się robić…