rzeczy do zrobienia

kubek z czerwonym sercem stłukł się podczas zbyt gwałtownej jazdy samochodem, albo zbyt gwałtownego przepakowywania po podróży. jego resztki niech będą wiecznym memento, nie wyrzucaj ich
(nigdy więcej nie pakować się do plecaka, kupić w końcu walizki, jak stateczna pani)

lecz to nie plecak zawinił, a oszalały kierowca, plecaki nie prowadzą samochodów
(nigdy więcej nie pakować się do samochodu z oszalałym kierowcą)

zniknęło mi serce, osunęło się w dół i czuję je pod lewym żebrem. myślę, że jest już w żołądku, to dobrze, niedługo je strawię i wydalę, będzie spokój
dwa drewniane, które powiesiłam na druciku, też zniknęły. dobre sobie, poszły na wycieczkę, albo ktoś je sobie przywłaszczył
(nigdy więcej nie wpuszczać złodzieja)

szczypie mnie w rękę, ciągnie za włosy i kopie po udach. boli
(nigdy więcej nie czuć bólu, wystarczy)

lubię deszcz, gdy jest mi ciepło i mogę go wąchać i kontemplować, a nie moknąć
(nigdy więcej nie czuć winy, gdy świeci słońce)

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

to nie sen

W tę ciepłą, sierpniową noc spała sama.

Ułożona w pozycji drzewa, w idealnym rozluźnieniu sprzyjającym maksymalnemu odpoczynkowi mięśni. W pozycji tej mogła spać tylko w samotności, ze względu na jej specyfikę – przyklejając prawą stopę do lewej nogi, kolanem-konarem odpychała potencjalnego kochanka.

Jakieś pół godziny po zaśnięciu obudził ją głos. Głos kogoś wołającego jej imię.

Był bardzo wyraźny i niemal namacalny. Dochodził z tej strony łóżka, po której ułożone w stosie leżały książki oczekujące cierpliwie, aż minie jej tsundoku, na które cierpiała od szesnastu miesięcy. Szesnaście miesięcy kupowania książek i odkładania ich jedna na drugiej, zaowocowało ładną wieżyczką. Strzelniczą. Mogła strzelać z niej do swych rozbieganych myśli, które przez ciągłe bycie online, nie pozwalały jej przeczytać więcej, niż parę stron dziennie. Google rozpierdoliło mi głowę – ten cytat pasował do niej idealnie.

Wołanie powtórzyło się i ze zdziwieniem zrozumiała, że to kot. Milutki Ragdoll wołał jej imię. Świetnie – pomyślała – chyba mi odbija. Kot kukiełka do mnie gada?

W tej samej sekundzie usłyszała inny hałas i tym razem nie mogła się mylić. Dochodził zza okna. Coś jakby szuranie, lub drapanie suchego drewna. Albo anakonda buszująca w beczce po oleju spalinowym. Dobra – pomyślała, gdy po dziesięciu minutach hałas nie ustawał – zobaczę, czy to upierdliwy borsuk przekopuje śmieci i szuka skarbów na nocnym polowaniu, czy jakiś Panżulini łowca puszek vel Indiana Dżons nocy, skrada się na tropach zaginionej butelki? Była zła i miała dość. Musiała coś zrobić, bo pozbycie się hałasu przez zamknięcie okna równało się wejściu do piekarnika, nastawieniu na 220 stopni i zamienieniu się w muffina. Czekoladowego, biorąc pod uwagę odcień jej skóry, zbrązowiałej od chodzenia niemal-na-golasa, bo gorąco. 

Wyjrzała za okno i przyczajona, jak jeż na salceson, czekała w ciemności, aż oczy przyzwyczają się do ciemnego atramentu rozlanego na trawniku piętro niżej. Latarnie oczywiście nie świeciły, bo po co. No i było cicho, zero szelestów i odgłosów. Po chwili jednak zauważyła małe, migające coś. Jakby pomarańczowe światełko. Tu cię mam – pomyślała – widzę twoją żarzącą się fajkę, padalcze. Była pewna, że ktoś stoi na krawężniku i pali, obserwując ją. Wstrzymując oddech, wgapiała się w ciemność pod drzewem, usiłując dostrzec coś więcej. Po jakichś trzech minutach zrozumiała, że to, co wzięła za ognik papierosa, jest diodą od alarmu samochodowego. Poczuła się jak idiotka i zła na siebie już miała wracać do łóżka, gdy nagle usłyszała ten sam, irytujący dźwięk. Dochodził z prawej strony, tam, gdzie stały samochody. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, by zejść na dół i rozprawić się z delikwentem. Albo krzyknąć głośno: długo tak jeszcze, do cholery? Wytężyła wzrok i zamarła w bezruchu, czując, jak jej serce przyspiesza. Dostrzegła jakby zarys postaci w ciemnym kapturze. Zrobiło jej się gorąco, bo zrozumiała, że naprawdę ktoś się jednak na nią gapił od dłuższego czasu. 
– Długo tak jeszcze? – usłyszała i osłupiała, bo to były dokładnie te słowa, które cisnęły się jej na usta od kilkunastu minut. Głos wydał się jej dziwnie znajomy. Czy ja wariuję? – pomyślała znowu. Złość wymieszana z zaciekawieniem, sprawiła jednak, że wychyliła się z okna jeszcze mocniej, starając się rozpoznać kogoś, kto bawił się z nią w jakieś głupie podchody. Ciemną postać dzieliło od niej teraz tylko parę metrów. I wtedy postać odwróciła się i spojrzała prosto na nią. Poczuła, że brakuje jej tchu, a wokół zaczynają wirować drzewa pod oknem, trawnik, samochody i śpiące latarnie.


Patrzyła w swoją własną twarz. 

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

radość

kochana córeczko!

masz już dziewięć miesięcy i żyjesz na zewnątrz mnie, już tak długo, jak żyłaś we mnie. tak jak dzień może zrównać się z nocą, światło z ciemnością, to życie tam, zrównało się właśnie z życiem tutaj.
równożycie.
a jeśli cieszysz się z tego, że jestem twoją mamą, choć w połowie tak bardzo jak ja, to masz też równoradość.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

 

palić

kupiłam czarną czapkę, na znak żałoby po utraconych nadziejach i głębokiego rozczarowania. głębokiego jak moje dziewięciomiesięczne wory pod oczami i jak naiwność dziecka idącego z nieznajomym na lody. jak nadzieja kogoś, kto wierzy w ananasy na wierzbie i czereśnie w kapuście. metafory te niewystarczająco oddają ducha tego żałosnego stanu, którego doświadczam.
więc wkładam tę czapę i idę na długi spacer. tak dawno nie wychodziłam z domu… rozczarowania należy palić, a nie balsamować, więc zrobię z nich ognisko.

***

uwielbiam to ciepło na twarzy. w blasku płomieni jakoś wyraźniej widzę, że wszystko zaczyna układać się, niczym kredki w pudełku. i choć niektóre są połamane, niektóre nienaostrzone, a jeszcze inne obgryzione, to pasują tam idealnie. każda ma swoje miejsce i ładnie grzechoczą, ocierając się o siebie. nie potrzebuję nowych, te są dla mnie idealne. bo moje.
umiem rysować nimi swoje światy i nikomu nie pozwolę zastąpić ich nowymi, ostrymi, pachnącymi. a nawet mazakami.
lubię stare drewno, stare podłogi, stare książki i samochody. niech sobie inni jeżdżą furami, kolorują flamastrami i czytają na kindlach. to nie mój świat, nie moje zapachy. najpiękniejszy zapach świata (oprócz zapachu R.), to zapach wspólnie wypitej kawy o poranku, wiosny za oknem i książki otwartej w połowie.

***

ten, kto chce lecieć rakietą przez życie, niech ląduje na swojej planecie, moja jest na to za mała. zmieści się na niej tylko jeden lis i jeden wulkan, róże nam tutaj nie są potrzebne. to najbardziej egoistyczne z kwiatów, przy nich każda inna roślina czuje się zraniona. niewystarczająca. zbyt zwyczajna.
róże dobrze prezentują się w pojedynkę, dumnie wznosząc swoją główkę w wyuczonej pozie. buńczuczność swą zachowują na zawsze – nawet gdy już smutno sterczą ich wysuszone na wiór truchła.

***

mam dziwne sny, dużo ich ostatnio. już dwa razy śniły mi się kobiety bez dłoni. same ich sobie raczej nie odcięły.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

 

 

notatki na marginesie

Niektórzy ludzie sprawiają, że chce się być kimś lepszym, niż się jest. Dzięki nim odkrywamy swoje prawdziwe znaczenie, prawdziwą tożsamość. Przy nich umiemy latać, przy innych nie da się nawet biec, można tylko stać w miejscu albo z trudem powłóczyć nogami.

Shirin Kader

jeśli związek z odpowiednią osobą jest wolnością, a nie ograniczeniem, to związek z nieodpowiednią jest jak przymusowe zesłanie do kolonii karnej. zapierdalasz z łopatą, kopiesz jakieś bezsensowne rowy czy tunele, jakbyś miał tylko udowodnić, że potrafisz. a potem dostajesz rozkaz, aby je szybciutko raz-dwa-trzy zlikwidować, bo przecież nie tu miały być, jeb plany się zmieniły, sroka porwała mapę topograficzną, a kruk zadziobał wielkiego kartografa. albo na odwrót. albo na wspak. więc latasz z taczkami, zasypujesz, wyrównujesz, siejesz trawkę, prawie kładziesz się na niej na kocyku z twarzą wyciągniętą w stronę słońca… a tu jeb znowu, zaczyna padać, ziemia zamienia się w błoto, usuwa spod kocyka, kret-gigant wciąga cię do swojego królestwa ciemności.
bo od tego latania stajesz się malutka, niczym Calineczka, już prawie cię nie ma. jesteś niepełnowymiarową wersją siebie.
czy pełnowartościową? nie wiem.

Patrzenie w głąb siebie i oglądanie wszystkich elementów kierującego tobą mechanizmu sprawia ból. Człowiek zawsze jest dużo brzydszy, niż sądzi, i bardziej samolubny, niż kiedykolwiek chciałby przyznać. Dlatego ignorujesz to, co masz w środku. Myślisz, że jeśli nie będziesz o tym myśleć, to tak, jakby to nie istniało.

 Tarryn Fisher

więc nie dopuszczasz do siebie myśli, że możesz nie mieć racji. twoja prawda chroni twój lodowy zamek zbudowany na pływającej krze. myśl o pomyłce tak cię przeraża, że wolisz odpłynąć wraz z krą tam, gdzie panuje wieczna zima, lodowacieją lądy i morza. z powrotem do plejstocenu. tam wyrzuty sumienia zamarzają w locie i już nic nie zmąci twego obrazu siebie. będzie piękny, niczym oblicze Doriana Graya. czy prawdziwy? nie wiem.

Aż pewnego dnia pojawia się ktoś, kto po prostu cię otwiera. Widzi wszystkie twoje mroczne zakamarki. Nie krytykuje cię jednak, lecz mówi, że to nic złego mieć w sobie takie miejsca.

 Tarryn Fisher

bo wystarczy kiedyś podejść bliżej, zamieszkać na południu i zamienić tę wieczną skamielinę w rwącą rzekę, która porwie wszystkie złe decyzje i odda je morzu.

Tylko ze strachu przed samotnością
Ta dziewczyna słodka w szorstkiej łupinie
Pomarańczowego swetra
Leci ku miłości jak ćma do świecy
Zdmuchnij chłopcze ten obłudny płomyk
Nie funduj jej karuzeli lodów kina
Mając zamknięte serce nie otwieraj jej ciała
Jak różowego owocu: tylko ze strachu
Tylko ze strachu przed samotnością
Która przyjdzie i tak do ciebie
Zagubionego w tłumie jak ziarnko maku ślepe

Nauczmy się samotności
Aby siebie nawzajem nie krzywdzić

Tadeusz Kubiak

a kiedy zepsujesz już wszystko, co mogłeś zepsuć, zostaje ci już tylko jedna szansa na dobry uczynek. szansa na najlepszą decyzję, jaką podejmiesz w życiu. decyzją tą jest bycie samemu. tak, aby żadna inna osoba więcej nie mogła codziennie powtarzać „boże, jak ja się w te kazamaty wpierdoliłam?”

Jednym z wyznaczników zdrowia psychicznego jest umiejętność godzenia się z tym, czego nie możemy zmienić. Trzeba umieć opłakać stratę i iść dalej.

Nancy McWilliams

kupiłam nowy zegar.
w ciągu dwóch ostatnich lat kupiłam aż trzy – na ścianę, na rękę, a teraz budzik. szary, z betonu. moja podświadomość nie może dobitniej przekazać mi, że szkoda czasu na stanie w rozkroku i czekanie na coś, co nigdy nie nadejdzie. że czas pierdolnąć się tym betonem w głowę, chwilę poleżeć na podłodze (dobrze robi na kości), aby dośnić swój różowokolorowy sen, a następnie ocknąć się z tego letargu i pójść w zupełnie inną stronę, niż tak bardzo chciałam.
za bardzo?

sen mi rzekę przypomina, ciągle zmienną w swoim pędzie, śnisz, a jesteś jak marynarz, poddawany jej komendzie… doświadczenia łowisz w żagle, wzorem innych poławiaczy, ale nigdy nie odgadniesz, co dla ciebie los przeznaczył…
i tak toczą się zapasy, trwają boje i zabiegi ażeby nie wypaść z trasy, lub nie rozbić się o brzegi.

Victoria Shaw

gdy tak leżałam, śniło mi się jaskrawoczerwone słońce o zachodzie. taka olbrzymia kropka kończąca nigdy nie napisany poemat. poemat dla giganta.
a później obudziło mnie miauczenie kota, więc wstałam, dałam mu żreć i przeczytałam, jaką pogodę zwiastuje takie niesamowite słońce.
otóż:
„będzie mocno wiało, ale w końcu nadejdzie piękna pogoda”.

Jeśli zostałeś brutalnie złamany, ale wciąż masz odwagę, by być łagodnym dla innych, zasługujesz na miłość głębszą niż sam ocean

Nikita Gill

a ja lubię pływać na otwartych przestrzeniach, uspokajają mnie. baseny powodują natomiast klaustrofobię i natrętne myśli, czy aby wszyscy wzięli wcześniej prysznic? poza tym nigdy nie interesowali mnie ratownicy. wolę latarników, niosących światło. żeby być latarnikiem, dającym nadzieję, zapalającym innych, samemu trzeba płonąć… a nie ukrywać się w lodowych zamkach bez luster.

it’s better to burn out than to fade away
Neil Young

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.