
Zanurzam się w języku Twego wszechświata, uczę się Ciebie w przyspieszonym tempie, na cały etat. Na trzy etaty, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Mój własny (świat) skurczył się do czterech ścian mieszkania, czuję się w nim jak w ciepłym inkubatorze. Rzadko wychodzę na zewnątrz, gdzie minus piętnaście udaje minus dziewięć, tak wieje. Totalna immersja w Twoim zapachu, płaczu, (od)ruchach – tej niesamowitej ochocie komunikacji – wypełnia mnie całą, nie znajduję zbyt wiele miejsca na coś innego. Czasem wystawiam peryskop ponad taflę spokojnego oceanu, na dwie godziny dziennie, na dwa dni w miesiącu i znowu wracam w głębiny Twoich granatowych oczu.
Wszystko, co zadziewa się w kokonie utkanym z codzienności, wydaje mi się ważne. Ważniejsze niż sprawy dotyczące ludzkości, przyszłości i globalnego ocieplenia. Chwilowo nie chcę walczyć z głodem na świecie, gdy Twój własny przechodzi wszelkie moje pojęcie. Jesz, jakby jutra miało nie być, jakby miał się skończyć świat. A ja jestem głodna Ciebie, chcę zjeść Twe małe paluszki, stópki i pachnącą oliwką głowę.
Chcę napełniać się każdą zmianą, która w Tobie zachodzi. Mam wrażenie, ze to nie maraton, a sprint, że jeśli nie skupię soczewki wystarczająco dobrze, pozostaną mi tylko rozmazane obrazy. Nadal operuję tylko fotografiami, statycznymi ujęciami, film wydaje mi się za szybki, za mało w nim stop-klatek. Dokładnie tak, jak osiem lat temu, gdy przyszła do mnie Twoja siostra.
Masz dopiero cztery tygodnie, a ja już nie pamiętam, jak to było, gdy Ciebie nie było.
Cztery tygodnie wystarczyły, byś wrósł swoją obecnością, swoją cielesnością w nasze krwioobiegi, myśli, w podłogi i tkankę mieszkania. Owinąłeś się swymi paprociowymi pędami wokół domowników i wszystkiego, co istnieje w nas i pomiędzy nami.
Dobrze, że jesteś, Paprotku.