sto dni Batmana

rok temu robił ich wspólne zdjęcia w wagoniku kolejki górskiej, w którym ktoś wyrył na szybie napis szajba. to było jak ostrzeżenie od losu, widoczne w jaskrawym świetle słońca, prześwitującego co chwilę przez konary sosnowego lasu. ostra jazda bez trzymanki, czasem słońce, często mrok. feeria różnorodnych emocji, które spalają. totalna szajba. wiedziała to już trzy dni później, gdy pierwsze spięcie na wysokościach wyładowało kaskadę iskier opadającą spektakularnie przez następny tydzień.

przez kolejne pięćdziesiąt dwa tygodnie za dnia spacerowali dolinami, czasami głębokimi, jak Wielki Kanion, w których z góry nie widać wijącej się strużki rzeki.  nocami zdobywali ośnieżone szczyty. oddalając się od siebie na odległość godziny i minut piętnastu, tęsknili już po dwóch dniach, ale zamieniali je w tygodnie. a one mijały szybciej, niż ich złość na siebie. potrzebowali coraz dłuższej ciszy wypełniającej ich puste mieszkania, aby zrozumieć, że to, co ich łączy, jest większe od tego, co ich dzieli.

więc za sto dni (choć ma dziwne wrażenie, że jednak szybciej), kiedy przyleci do niej Batman, wszystko będzie tak samo. w spokoju przygotuje reflektor, którym wyświetli znak nietoperza na niebie. oznajmi miastu i światu, że oto przybył mały, słodki gacek.

w ten sposób przywoła go do siebie i powie, że mają za mało czasu, aby tracić go na bezsensowne jazdy. do ciszy jeszcze zatęskni, po co przebywać w niej, skoro wzdycha za czymś zupełnie innym? snop światła z reflektora wskaże mu drogę, niczym Syriusz z gwiazdozbioru Małego Nietoperza. a on będzie mógł wspiąć się po nim i dotrzeć tam, gdzie powinien być od zawsze.
przy niej. przy nich.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.