zapomniałam

dziesięć tygodni, to bardzo dużo, dla kogoś, kto jeszcze przed jedenastoma był w zupełnie innym świecie. w tamtym świecie było ciepło, ciemno i przyjemnie, choć coraz ciaśniej. dziesięć tygodni to bardzo mało dla kogoś, kto zaczął przygodę mającą trwać do końca jego życia. dziesięć tygodni, to tylko trochę więcej, niż dwa miesiące (zawsze śmiałam się z tego odmierzania czasu jednostkami dzielącymi rok na 52, a nie 12 kawałków)

córeczko, jesteś ze mną prawie trzeci miesiąc! każdego dnia odkrywam z tobą świat na nowo, przypominam sobie o małych codziennostkach, o których dawno zapomniałam, albo nigdy ich sobie nie uświadamiałam.
zapomniałam, jak to jest patrzeć komuś w oczy i widzieć w nich bezgraniczną radość i zaufanie.
zapomniałam, jak to jest śmiać się tysiąc razy dziennie, tylko dlatego, że się żyje.
zapomniałam, jak to jest zachwycać się ruchem swojej dłoni, poruszaniem palcami i zaciskaniem jej w pięść.
zapomniałam nawet, że można mówić bez słów i zdań, całą sobą czując to, co chcesz mi przekazać.
i słysząc to, czego nikt inny nie usłyszy.

dziękuję ci, maleńka.
za moje drugie życie.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

 

 

jesteś

a więc jesteś.

właśnie minęły cztery tygodnie, odkąd każdego dnia trzymam cię w ramionach, a ja nadal nie mogę uwierzyć, że cię mam oraz że czas może pędzić tak szybko. dwa miesiące temu, spacerując po lesie, zastanawiałam się, jak to będzie, gdy już będziesz, a teraz staram się przypomnieć sobie, jak to było, zanim się pojawiłaś i nie jestem w stanie. bo twoja obecność jest dla mnie naturalna, jak oddychanie. i choć wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż zaplanowałam (nie powinnam tego robić, plany w moim życiu są niewykonalne), to tak naprawdę jest dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłam. wpasowałaś się idealnie w mój świat, ja dopasowałam się do twojego – doskonała ta nasza symbioza.

ty śpisz, ja mogę pracować, pisać, czytać, prasować twoje ubranka, leżeć i medytować, uciąć drzemkę, jak z czasów przed Batmanem… czego chcieć więcej? patrzę na słońce przebijające się przez zasłonięte żaluzje, gdzie bokiem wchodzi, mimochodem, potajemnie i robi mi na łóżku pokaz. mam to cudne poczucie lata, wakacji, beztroski, uczucie, które pojawia się znienacka, dopada w chwilach, gdy czas staje w miejscu, jak zapach rozgrzanego piasku i potu na nosie.  zapach skoszonej trawy, która uczula i woń piwonii u babci w ogródku. zapach ogniska wieczorem i szemrzącej rzeczki u podnóża góry. to ostatnie wspomnienie minęło i już nie wróci, pomimo kilku(nastu) prób i  niepotrzebnych oczekiwań. wiem jednak, że jeszcze wiele takich magicznych chwil przede mną, wszak w tworzeniu nowych wspomnień upatruję cel życia. swojego a teraz i twojego.

twoja obecność pomaga mi posegregować sprawy, ludzi, priorytety i szybciej pozbywam się teraz złudzeń i niepotrzebnych emocji. liczę tylko na tych, którzy mnie nie zawodzą, doceniam siłę rodziny i prawdziwej przyjaźni. i często, bardzo często, czuję swoją moc – moc kobiety, matki, siostry i przyjaciółki. to wielki dar, takie dostrzeganie tego, co dobre, co łączy i co tworzy kobiecą wspólnotę. i nie opuszcza mnie to poczucie od dnia twych narodzin.
dlatego cieszę się, że tu jesteś. i że jesteś dziewczynką.

witaj na świecie, córeczko.
zawsze będę przy tobie.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

spaceruję

zimno i wietrznie dziś.
wieczne dziś. nareszcie nie jutro, nie wczoraj.
chodzę po lesie i jestem kałużą, błotem, jestem niebem, konarami na tle chmur. śpiewam twoje imię, kołysankę dla nieznajomej.  nic innego nie przychodzi mi do głowy. skupiam się na odgłosach przyrody i moje własne dźwięki wydają mi się ułomne i nie na miejscu. oddaję pole do popisu ptakom, szumowi drzew i szelestom przemykających tu i ówdzie zwierząt.
powtarzam więc to miłe słowo kilkadziesiąt razy, przeciągam na samogłoskach, aż wbija mi się w najodleglejsze zakamarki umysłu. oswoiłam je.

wyobrażam sobie twoją twarz i głos. jaka będziesz, mała?
spokojna, jak woda w strumyku, cicho płynąca pomiędzy kamieniami, czy narowista, niczym młody źrebak? wyobraźnia podsuwa mi najróżniejsze obrazy, wrodzony realizm wygrywa z pesymistycznymi wróżbami. optymizm włącza się na samym końcu, jak zwykle.
będziesz…

boję się, a jednocześnie nie mogę doczekać twego widoku. ten strach nie zniknie już nigdy, wiem o tym. ale chcę, żebyś już przyszła.

jestem gotowa.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

zamieniam huśtawkę na fotel

jedno znalazłam latem pod mostem, gdzie robiłam zdjęcia nieba, które spadło na ziemię. roztrzaskana tafla szkła, w kolorze paryskiego błękitu, leżała sobie spokojnie wśród śmieci i chwastów porastających dawną linię kolejki wąskotorowej. uważałam bardzo, by odłamek nie wpadł mi do oka, jak Kajowi z Królowej Śniegu. dziesięć metrów dalej stało ono – szkaradne, drewniane krzesło z pomarańczową tkaniną na siedzisku i oparciu. było ohydne, więc wzięłam je pod pachę i przytargałam do domu. stoi na strychu i czeka, aż dam mu nowe życie, obiję skórą i wstawię do pokoju.
albo oddam komuś, kto na to zasłuży.

drugie zauważyłam zupełnym przypadkiem – jadąc w rzęsistym deszczu do sklepu po kredki. październik był szary i smutny, chciałam go jakoś pokolorować. krzesło, takie standardowo-biurowe, z podłokietnikami z tworzywa sztucznego i regulowaną wysokością. kwintesencja brzydoty i funkcjonalizmu. stało na parkingu i gapiło się w pobliskie drzewa. wyglądało tak żałośnie, że chciałam je przygarnąć, pomimo zupełnej aberracji estetycznej. albo chociaż usiąść i pogapić się w te drzewa z nim.
na nim.

pomiędzy tymi dwoma znaleziskami, były jeszcze fotele zabrane z działki znajomego. pozbył się ich z radością. a ja z radością przecierałam papierem ściernym ich oparcia i czyściłam tapicerkę w kolorze gorzkiej czekolady. drewno i klasyczny styl lat siedemdziesiątych sprawił, że od razu zapałałam do nich miłością. i stoją dumnie oba – jeden w kuchni, drugi w pokoju. ten w kuchni to towarzysz śniadań, kawy wypijanej przed pracą i królestwo kota. drugi fotel wciąż czeka na wypełnienie swego przeznaczenia. wiem, że usiądę w nim niedługo i wezmę na kolana kogoś, kto kocha mnie miłością bezwarunkową.
usiądę i odpłynę w ocean oksytocyny.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.