świetliki

„Jakoś się ułoży.
Co się ułoży? Co się, kurwa, ułoży? Nic się nie ułoży.”

Jerzy Pilch

– Lisu, ja myślę, ze ze mną jest coś nie w porządku.
– Ale jak to?
– Tak to. Odpowiem ci Sapkowskim: Jestem zmęczony. Zbyt zmęczony, by akceptować perspektywę końców, które są początkami, od których trzeba wszystko zaczynać od nowa.
– Uhm… Dużo mi to mówi.
– To jeszcze Cioranem: Można by mi zarzucać pewne upodobanie do rozczarowań; ponieważ jednak wszyscy kochają sukces, trzeba – bodaj w trosce o symetrię – by był ktoś, kogo pociąga porażka.
– Kurwa, tylko nie mów, że znowu…?
– No. Znowu.
– Masz, pij.
– …

***

a jeszcze tydzień temu, wspinając się lasem w górę, czekałem na znak. przyleciały one. świetliki. lampyris noctiluca. powiedziały do mnie, że będzie OK, one wskażą mi drogę swoją świecącą dupką. fajnie jest mieć dupki świetlików za drogowskaz. mniemam, że lepsze są od gwiazdy betlejemskiej. może nikt nie będzie za mnie umierał na krzyżu.

najgorsza w życiu jest jego nieprzewidywalność.

***

Światło wytwarzane przez świetlika świętojańskiego powstaje w wyniku reakcji chemicznej dzięki enzymowi lucyferazie. Świetliki mogą dowolnie światło „włączać i wyłączać”. Światłu, które wytwarzają, nie towarzyszy ciepło, a więc ciało chrząszcza nie ulega nagrzaniu.*
Aha.

***
Utracono połączenie z siecią GPS – damski głos wdarł się w przestrzeń klatki schodowej,  której schodami schodzę. co poniedziałek opuszczam to mieszkanie wczesnym rankiem. zawsze wstukuję adres w mapach Google jeszcze na balkonie, pijąc szałwię i gapiąc się na chmury. za parę sekund, gdy tylko wychodzę na zewnątrz, męski głos dodaje: skręć w prawo.
ok, skręcam, pomimo, że samochód stoi po lewej. schodzę krętą ścieżką w dół, zastanawiając się, dokąd mnie doprowadzi. wychodzę pod lasem, na dróżce stoi zając, albo królik (z tej odległości nie umiem odróżnić) i spojrzawszy na mnie kica, przystając na chwilę, jakby upewniając się, że za nim podążę. czuję się coraz dziwniej. follow the white rabbit, Alice…
ok, pójdę za tobą. zapominam, że miałem jechać do pracy, daję się wciągnąć w dziwną atmosferę onirycznego poranka. przypominam sobie, co działo się parę godzin temu, gdy grubo po północy kładłem się spać – do pokoju wleciała ćma i pudrowym skrzydełkiem malowała mi na ścianie napis w swoim ćmowym języku. a więc to nadal trwa, wczorajsza senna onomatopeja…
follow me.. follow the light…
ok.
idę.
skoro ponad księżycem rzeczy są wieczne, to już się nie zatrzymam.

***
najlepsza w życiu jest jego nieprzewidywalność.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

*z Wikipedii