słoik

słoik słodkich wspomnień

kiedy była małą dziewczynką, jej babcia robiła przetwory na zimę, a ona pomagała opisywać słoiki. na plastrze opatrunkowym wpisywała kompot z wiśni, kompot z truskawek, jabłka do ciasta, gruszki z cukrem, ogórki pikle, dżem agrestowy, powidła ze śliwek – do tego dzień, miesiąc i rok. czasem dopisywała też dzień tygodnia i godzinę, dla hecy.
zjedli już wszystkie przetwory z tamtych czasów, babcia przestała je robić. za dużo z tym roboty, woli kupować gotowe w sklepie. ale to nie to samo. te z piwnicy były o niebo smaczniejsze. bardziej wyrafinowane?

***

puste słoiki stoją na zakurzonych półkach. czekają, aż ktoś znowu wykorzysta je w dobrych celach.
więc pewnego dnia bierze wiklinowy koszyk, który dostała w prezencie i schodzi do piwnicy. napełnia kosz szklanymi pojemnikami. ich nakrętki są przybrudzone, jej dłonie szybko stają się szare. jeden słoik jest szczególnie duży, musi wziąć go do drugiej ręki, bo nie mieści się do koszyka.
w domu skrupulatnie myje wszystkie słoiki, suszy je i zaczyna napełniać. wkłada tam wszystkie słodkie wspomnienia, nie chce wekować tych gorzkich i słonych. zgrabne, małe słoiczki, średnie, większe od kubka do kawy i kilka dużych, szklanych wiaderek z przykrywką. i ten największy, olbrzym o słusznej wadze, niczym mała beczułka z najprzedniejszym miodem.
później bierze plaster (a jakże!) i podpisuje na nim każde wspomnienie. na tych najmniejszych nakleja wszystkie dobre, miłe słowa, przytulenia znienacka, śmieszne historie opowiedziane, by rozbawić drugą osobę, pocałunki na powitanie i pożegnanie, dotyk jego rąk. do średnich włożyła długie rozmowy telefoniczne i mailowe (te z początków), wspólne śniadania, obiady i kolacje, przygotowane z miłością i staraniem, małe prezenty-niespodzianki, wspólne słuchanie muzyki i jeden taniec, jego ręce farbujące jej włosy. na dużych słoikach nakleja dyskusje o sensie życia, wspólne noce i poranki, gdy nie trzeba się spieszyć, gdy byli najbardziej sobą, obejmowanie ramionami, zmarszczki od śmiechu w kącikach oczu, widok śpiącego obok, pewien dzień sierpniowy i pewien dzień majowy, wszystkie pogodzenia i zmiany perspektywy, wyjazdy bliskie i dalekie, wędrówki po górach i lasach.

***

zmęczyła się.
został już tylko ten największy. słój-gigant.
podpisała go wszystkie plany, wyobrażenia wspólnego życia, przyszłe wędrówki i wycieczki, wspólna wigilia, chata w górach, ognisko za domem, konie na polu, żeglowanie, wszystkie wschody i zachody słońca, które mieli zobaczyć razem, książki i filmy, które mieli omówić, muzyka, którą mieli odkryć, potrawy, których mieli posmakować, dotyk swych dłoni na twarzach, upojenie grzanym winem i kochanie się na podłodze przy kominku, wspólne karmienie rybek.

***

skończyła.
największy słój wciąż wypełniony był tylko do połowy.
the winter is coming,
ale dobrze się przygotowała – zapasów starczy aż do wiosny. ułożyła weki na szafce w piwnicy, jak za dawnych lat. ten olbrzymi schowała poza zasięgiem wzrostu i wzroku, wspinając się na jakiś zapomniany pieniek do rąbania drewna.

a kiedy maleńkie rączki zechcą kiedyś sięgnąć do niepełnego pojemnika, ściągnie go z górnej półki, postawi na betonowej podłodze i pozwoli im wrzucać do środka, co tylko zapragną.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.