summer

jestem miotełką

miotam się od jednej myśli do drugiej, jestem miotełką, łagodnie zamiatającą świetliste pomysły pod dywany dni. powinnam je odkurzyć, wszystkie moje dywaniki mają kłaczki na/w sobie. listki i kawałki trawy, nie wiem skąd, ostatnio przecież nie wiało. a może to makaron, nawijany na uszy przez kilka tygodni, w końcu wysechł i opadł?

mam tyle rzeczy do zrobienia, że nie robię nic i ta myśl sprawia, że z łagodnej miotełki zamieniam się w miotacz.
ognia?
kamieni?
bomb głębinowych?
miotam się od pokoju do kuchni, nie mogę czytać, nie mogę pisać, nie mogę się uczyć, nie wiem już, co mogę. nawet patrzeć nie mogę. czuję, że narasta we mnie panika, że dzień minie, a ja dalej siedzę na minie wydumanych planów zapisanych na pojedynczej karteczce, z klejem po drugiej stronie. przepisuję te „to do”  z jednego świstka papieru na drugi i szlag mnie trafia, bo czuję się jak w Dniu Świstka, pisząc te same słowa od tygodni.
jestem miotaczem min?

kot patrzy na mnie jak na idiotkę, bo znowu miotełką zamiatam jego wąsy i pazury, pazurami rozdrapuję jakieś strupy, nie wiadomo skąd. chcę żeby leciała krew, bo nic już nie czuję. żeby znowu coś się kotłowało, burzyło i pieniło. mam zespół niespokojnych rąk, czy w tv reklamują już specyfik na tę dolegliwość? jeśli wyczuję zadzior, muszę go wykończyć, jak wilk, co poczuł ranne zwierzę gdzieś w lesie, albo ten tygrys, co zjadł pana w zoo, bo mu od miesięcy przynosił niedobrą kolację i tygrys w końcu nie zdzierżył. sama siebie nie mogę wytrzymać, w tym stanie zawieszenia, w tym stanie niebycia, gdzie jest moje tu i teraz? w  tym odpryśniętym lakierze na paznokciu, co tak mnie wkurza, że zdrapuję zawsze do końca? chcę lekarstwo na niespójność, syrop pozwalający mi natychmiast, znowu być.

tymczasem wchodzę do szafki w kuchni, którą wysprzątałam tak, że można w niej zmieścić konia. liczę słoiki, liczę pokrywki i plastikowe pudełka po lodach. dwanaście. dziesięć. pięć. co się stało z dwoma przykrywkami, do cholery? zamiatam sobą okruszki po wczorajszej bagietce i jedną plombę, co mi wypadła, przez chrupkość pieczywa. chrrrr-upk-ość na zawsze połączona zostaje z uczuciem zaskoczenia, bagietka smakuje mi teraz wypadnięciem.
wypadłam z kolein i miotam (się), jak miotacz kulą na zawodach lekkoatletycznych. czasem rzucam (się) oszczepem, najczęściej dyskiem twardym. nie ma lekko, lekko już było. jestem jak ćma, co miota się oślepiona LEDem przy podwieszonym suficie. pamiętaj, co się stało z Ikarem, ty głupi, pudrowany owadzie.  

chowam miotełkę za drzwi, gaszę światło.
wystarczy tego sprzątania.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

  • Lenta

    „lekarstwo na niespójność, syrop pozwalający mi natychmiast, znowu być….?”
    Nie słyszałem o takim lekarstwie… Ale ta miotełka jest optymistyczna. Zacząłbym od wymiatania z głowy … przyszłości i tego czego się po niej spodziewasz! Ograniczam ostatnio plany do maksymalnie pół dnia do przodu. Np. kładąc się spać mam zaplanowany poranek. W południe wiem, co będę robił wieczorem. Koniec. Działa. Narazie.
    Próbowałaś?
    Pzdr!

    • VQ

      hmm, ta miotełka to raczej taki odpowiednik medytacji w ruchu – lubię sprzątać, gdy o czymś myślę; sprzątam też, gdy mam do zrobienia coś, za co nie umiem się zabrać – jak w szkole, czy na studiach – pamiętasz zapewne, co się robiło przed egzaminami, nie? wszystko 🙂 raczej nie plany, a decyzje, które muszę podjąć. chyba wolę to robić w ruchu, niż np leżąc na łóżku i gapiąc się w sufit. co do oczekiwań, to wyleczyłam się z nich jakiś czas temu, choć do buddysty wciąż mi daleko. pozdro, L!

  • W takiej sytuacji najlepiej byłoby wziąć dzień urlopu, albo celowo wykoleić się na jeden dzień z życia, oczywiście na tyle na ile to możliwe. Na pocieszenie powiem Ci, że ja też się miotam między tym co chcę zrobić, co muszę zrobić a co zrobić powinienem. I kończy się na tym, że po prostu mam dość 😛 Nie jest to chyba optymistyczne zakończenie niestety.

    • VQ

      dokładnie tak – urlop i wyjechać, to jedyne rozwiązanie w takich chwilach. przynajmniej dla mnie…