dziewczyna w czerwonym płaszczu

dawno temu spotkałam dziewczynę, która w czerwonym skórzanym płaszczu przemierzała ulice miasta i niosła światło. pamiętam, że padał deszcz, a czerwona rozmazana plama odbijała się w lustrach (u)licznych kałuż. dziewczyna miała ciemne włosy, które żyły własnym życiem, a w deszczu skręcały się w fantazyjne pętelki. była zupełnie inna od wszystkich ludzi, których wtedy znałam. była taka… jasna. zafascynowała mnie ta świetlistość. bardzo chciałam zrobić jej zdjęcie, by uchwycić moment, w którym deszcz, światło, czerwień jej płaszcza i jasna twarz zbudowały obraz, zasługujący na to, by zachować go w pamięci na zawsze. niestety, nie miałam aparatu, a telefony komórkowe służyły wtedy wyłącznie do rozmów i esemesów. spust migawki nacisnęłam więc tylko w swojej głowie.

minęło wiele lat. kilka. kilkanaście. nigdy więcej jej nie spotkałam. nigdy więcej o niej nie myślałam. nie wiem, jak to się stało, ale… zapomniałam o niej. zapomniałam o dziewczynie w jasnoczerwonym płaszczu. była jak motyl, który na chwilę pojawił się nad moją głową i szybko odleciał tam, skąd przybył. jakby nigdy nie istniała.

dzisiaj też padało, było szaro i smutno. wracałam samochodem do domu, gdy przez boczną szybę mignęła mi czerwona plama. nagle wszystko zwolniło, a czas stanął w miejscu. a może wjechałam w tunel czasoprzestrzenny. w jasnoczerwonym płaszczyku, krótszym, niż zapamiętałam i wcale nie skórzanym, szła ona. dziewczyna z mojej głowy. miała ciemne, lecz krótkie włosy, które skręcały się jeszcze bardziej, niż dnia, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy. szczuplejsza niż w mej pamięci, ale poznałam ją od razu. była jak ognik, jak robaczek świętojański świecący w szarości dnia. zaparło mi dech i z zafascynowaniem obserwowałam, jak idzie ulicą, jakby płynąc nad nią, staje przy pasach na czerwonym świetle, po czym na zielonym rusza dalej.

tym razem jednak miałam przy sobie aparat. wyciągnęłam go z torby i przez zamazaną szybę zrobiłam kilka zdjęć. chciałam mieć jej obraz przy sobie już zawsze. nie wiem, dlaczego, ale czułam, że tak właśnie powinno być. że nie mogę jej znów pozwolić uciec… z mojej głowy, życia i aparatu. tak, jakby nagle coś zrobiło klik i wszystko stało się proste, na swoim miejscu i bardzo oczywiste. jakby wczoraj i jutro stopiły się w garnuszku teraźniejszości, tworząc płynne, słodkie dzisiaj.

dziewczyna skręciła w ulicę po prawej i zniknęła za rogiem budynku. przez chwilę miałam ochotę pojechać za nią, ale z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu – mam tę moc, mam tę mooooc! rozpalę to, co się tli… to był R.  mała, gdzie jesteś? wracaj szybko, mam dla ciebie niespodziankę
ok, wracam… mam przecież zdjęcia.

wysiadam z samochodu. deszcz przybrał na sile, więc dziesięć metrów do drzwi wystarcza, abym zmokła. wchodzę do domu. skarbie, zobacz, co znalazłem w tej starej skrzyni na strychu, gdy szukałem swoich książek – woła mnie do pokoju R. myślałaś, że gdzieś go zgubiłaś, pamiętasz? – dodaje ciszej, gdy staję tuż obok. mam w oczach deszcz, trzy rzęsy i widzę niewyraźnie. to już drugi raz tego dnia. po chwili uśmiecham się i jest to uśmiech jasny, jak moja przyszłość. na kanapie leży jasnoczerwony, skórzany płaszcz.
mój.

– Nie gub go więcej, dobrze? – mówi R.
– Dobrze, kochany – odpowiadam.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.