czekolada

siedzę na krawężniku, mam osiem lat, liżę czekoladę, kostka po kostce. mam w sreberku tylko jeden rządek, nie jestem łakoma. delektuję się nią. jest ciepłe, letnie popołudnie, patrzę na dzieci grające na ulicy w dwa ognie. w tym czasie przejeżdżający samochód przerywa nam grę może raz na pół godziny. zaraz do nich dołączę, będę biegać za piłką, aż zrobię się czerwona i szczęśliwa od serotoniny. jeszcze nie wiem, że dwadzieścia pięć lat później będę pamiętać słodki, czekoladowy smak i zapach kurzu unoszącego się nad asfaltem.

***
– chcesz czekoladkę? – z zamyślenia wyrywa mnie twój głos dobiegający znad podłogi. kątem oka widzę, że schylasz się po coś i szybko się prostujesz.
– a co, spadła ci? – pytam i dostaję ataku śmiechu, do którego dołączasz i śmiejemy się, jak dwaj wariaci, którzy zwiali z psychiatryka i pierwszy raz w życiu zobaczyli żyrafę.
– Żanetka, no co ty? przecież nie dałbym ci tej, co spadła…
– ja, uhm… czystej byś mi nie dał, kłamco – przekomarzam się.
– no co ty, Żanetka? przecież wiesz… lubię cię.

***
do torby wkładam butelkę po jakimś słodkim napoju, mam w niej herbatę. dwie bułki i pół tabliczki czekolady, która została mi od świąt wielkanocnych. przymocowuję torbę do bagażnika szarego pelikana, którym pognam w dół  ulicy, do kolegi.
– Michaaaaał! już jestem, schodź! – krzyczę w stronę otwartego na parterze okna.
za chwilę M. schodzi, wsiada na swe czerwone wigry 3 i razem pędzimy, ile sił w pedałach, a wiatr miło chłodzi nasze spocone od wysiłku plecy i policzki. jedziemy na wycieczkę. on pomaga mi naprawić za luźny łańcuch, brudząc przy tym ręce smarem, ale nie przeszkadza mu to. pozwalam mu wytrzeć je  w koc, który dostałam od babci. leżymy na nim, patrzymy w chmury i wymyślamy do czego podobne są ich kształty. wyciągam czekoladę i liżę ją kostka po kostce. daję też M. ale on swoje pałaszuje migiem.

***
– babciu, masz coś słodkiego? – przybiegam zziajana z podwórka i rzucam standardowe pytanie.
– jest tylko Wiewiórka, weź sobie… – odpowiada cichaczem babcia, tak, żeby dziadek nie słyszał.
wyciągam chropowaty kieliszek w kolorze karmelu, nakładam do niego kremu czekoladopodobnego, będącego surogatem Nutelli, dobieram malutką łyżeczkę z zielonym trzonkiem i już lecę po schodach z powrotem na podwórko. gramy w palanta, to moja ulubiona gra, potrzebuję sporo energii. słyszę za sobą rzucone od drzwi słowa babci: powoli, bo sobie oko wybijesz…
eee tam…

***
leżę w samych majtkach na podłodze salonu, przez otwarte drzwi balkonowe wpada słońce i grzeje mnie w plecy. jest kwiecień, ale czuję, że jego promienie rysują na mym ciele esy-floresy, tańczą na karku i łopatkach. słyszę ptaki kwilące na rosnących pod domem drzewach, odgłosy ludzi myjących swe samochody, jednego crossowca zabijającego ciszę pierdzącym motocyklem, dzieci bawiące się w oddali z psem. na szczęście motocyklista odjeżdża i znowu śpiewają tylko ptaki. wystawiam twarz do słońca, zamykam oczy, widzę jasną czerwień powiek. odwracam się do ciebie, patrzę chwilę, jak czytasz coś w skupieniu, marszcząc brwi, odgrodzony słuchawkami ode mnie i od dźwięków za oknem. po chwili podnosisz na mnie swój wzrok, ściągasz słuchawki i pytasz:
– co jest, mała?
uśmiecham się do ciebie i mówię:
– nic, skarbie. masz czekoladkę?

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.