deszcz

smutność

kiedy jest mi smutno, nie lubię tego stanu niczym rozrzedzać. robię z niego roztwór nasycony, dokładam tam wszystko, co sprawi, że nic więcej już się nie rozpuści. aż do wytrącenia w postaci łez. jak Maria Skłodowska, wpatrująca się co wieczór w kawałeczek soli radu w fiolce, do utraty wzroku. boli, ale nie przestaję, aż do zupełnego zniknięcia przyczyny smutności. dzieje się to przeważnie w niedziele, nigdy ich nie lubiłam i tak już pozostanie. to taki ambiwalentny dzień wolny, który czuje na plecach oddech poniedziałku i nie może przez to zluzować pośladków. wolny-niewolny.

wytrącenie osadu daje ulgę, bąbelki smutku pękają rozbryzgując się na komodzie i biurku. wycieram oczy i nos, chusteczką schowaną w kieszeni na brzuchu, powinna ważyć ze dwa kilo, na szczęście szybko wysycha. niestety zauważam w necie zdjęcie jakiegoś pana w za dużych okularach, nie wiedzieć czemu, widok ten zawsze mnie roztkliwia. albo przypominam sobie twoje zmarszczki mimiczne wokół oczu. i znowu dzieje się to samo. jestem psychicznie chora, nikt normalny nie płacze z powodu czyichś zmarszczek. tyle razy mówiłam, żebyś używał kremu pod oczy, albo żelu ze świetlika, ale nie. a ja potem płaczę.

powodem może być też stare zdjęcie z przedszkola, na którym moja siostra usiłuje uśmiechać się przez łzy, ponieważ ściskam jej rękę do bólu. mam na tym zdjęciu minę terminatora i jeszcze nie wiem, że 25 lat później to ja będę płakać, ilekroć na nie spojrzę.

może to hormony, a może niedziele.
bo w niedziele jakoś smutność.

***
Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.