to, co zostaje

Narzuta na łóżku leży zmięta, nie będę jej poprawiać, niech mi przypomina o tym, że wciąż za bardzo, za mocno, za długo wierzę w coś, co nie istnieje, nigdy nie istniało, co było moim jedynie wyobrażeniem. Ale przecież wiedziałam o tym od dawna, już wtedy, gdy po kolei gubiłam wszystkie okrągłe blaszki z wygrawerowanymi nań:  T, V, l’art, l’amour. To kolejność ich znikania z czerwonego sznurka bransoletki. To ostatnie, srebrne kółeczko na chwilę odzyskałam, bo ktoś mi je cudem odnalazł w czeluściach samochodowego fotela. Ale znowu zniknęło. Zostało tylko to z napisem la musique. To z czasów, gdy wydawało mi się, że z moim perfekcyjnym francuskim wyląduję w jakimś innym świecie. Bliżej równika może.

Bo na końcu zawsze pozostaje tylko ona. La musique, pieszczota dla uszu. Dlatego na pytanie, który zmysł wolałabym oddać, gdybym musiała, nie umiem odpowiedzieć, czy wzrok czy słuch. Moja próżność podpowiada, że ten drugi, moja miłość do muzyki, wręcz przeciwnie.

I zegara w kuchni też nie naprawię, niech stoi na godzinie ósmej minut szesnaście, jak wyrzut sumienia, że to nie tylko bateria, ale cały mechanizm jest tak bardzo do dupy. Jednak nie masz magicznych rąk do zegarów. Do zegarów ma ktoś inny. Ten sam, który czaruje przy zepsutym kółku od samochodu i przylatuje jak Superman, gdy po zatankowaniu na stacji okazuje się, że karta płatnicza postanowiła zostać w domu.  Superman bez peleryny, ale za to w kapturze.

Wybacz, jestem chora na wyobraźnię. To mój największy dar i największe przekleństwo. Niby wiem, że nadmiar oczekiwań zawsze prowadzi do rozczarowania, ale słaba ze mnie buddystka. I choćbym wydrukowała sobie grafikę z no expectations no disappointments jeszcze 99 razy i rozwiesiła na wszystkich 33 metrach, to i tak dalej będę chorować na przerost złudzeń. Maja(k) – coś, czego nie ma. Iluzja.

Tak, w pielęgnowaniu wyobrażeń jestem mistrzynią świata. Doglądanie roślin wychodzi mi znacznie gorzej. Zabiłam już dwie phalaenopsis. Notorycznie przelewam je wodą i żółkną im te potężne liście, zostają mi jeden po drugim w ręce. Gdybym tak dobrze olewała swe oczekiwania, to orchidee miałyby teraz piękne białe kwiaty, a nie zdechłe kikuty.

Olej to… olej to. A ja mam tylko ocet. Co prawda balsamiczny, ale i tak kwaśny.

Czasami prócz muzyki zostaje również szynka, którą w pierwszej chwili chcę wyrzucić, ale następnego ranka przygotowuję z niej królewskie śniadanie. Smażę jajka, dodaję ziół, pachnie wspaniale. Słońce przedziera się przez szybę w kuchni i wpada do pokoju, takie moje prywatne peryhelium. Taniec promieni na drewnianej podłodze, którą sama lakierowałam. Właśnie po to, by mieć słoneczne przedstawienia o poranku.

Mrużę oczy na czerwonej macie, patrzę prosto w gorejącą kulę światła. Jest mi dobrze.

Witaj, dniu.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

galeria osobowości

Siedzę sobie w Galerii Krakowskiej, usypia mnie szum fontanny i zgiełk ludzi oraz jakieś niezidentyfikowane plumkanie wydobywające się z głośników kawiarni. Kanapka z półmetrowej bagietki i dwie herbaty nie pomagają odegnać senności. Siłą rzeczy i malejącego élan vital obserwuję trzy dziewczyny siedzące przede mną, dwie blondynki, jedną czarną. Wszystkie mają sztuczne paznokcie spiłowane w ostry migdał i glonojadowe, wydęte usta. Wyciągają na stół jakieś małe torebeczki z kosmetykami, pokazują sobie próbki, smarują ręce i twarze, szczebiocząc dziecięcymi głosikami. Wywinięte syntetyczne rzęsy prawie dotykają brwi. Budowanie tożsamości uzależnione od wyglądu i robienia zakupów level high. Kupowanie jako remedium na życiowe lęki i niepokoje, narkotyczny ciąg nabywania coraz to nowych rzeczy. Nowych twarzy, nowych osobowości, nowych siebie.

Nieskończoność ludzi przepływa przeze mnie. Zawsze zastanawiało mnie to niedzielne umiłowanie ciała Chrystusa pod postacią reklamówki z Tesco. W tej świątyni konsumpcji pod postacią chleba z Carrefoura.
Jestem tutaj tylko dlatego, że mój pociąg odjeżdża dopiero za dwie godziny, a wiosna tego roku zaczęła się pięknie, ale następnego dnia się rozmyśliła i wróciła do gawry. Pizgało bardzo i z żalem musiałam zrezygnować ze szlajania się po ulicach miasta z aparatem w zmarzniętej dłoni. Tak samo, jak dawny flaneur, który  z odkrytych bulwarów  musiał przenieść się do alejek centrów handlowych, symulujących tradycyjne przestrzenie miejskie. Przechodzień, spacerowicz, oglądacz. Voyeur. Bo przecież odwiedzanie takich miejsc nie jest podyktowane wyłącznie chęcią posiadania, ale również oglądania i bycia oglądanym. A czasem tylko tym drugim.

Trzy bywalczynie zakładu naprawiającego karoserie samochodów wychodzą, a ich miejsce zajmują dwie dziewczyny, które spotkałam wcześniej na Kazimierzu. Zwróciły moją uwagę mimochodem, ponieważ jedna z nich miała buty podobne do moich. Idąc swym normalnym tempem w kierunku dworca, nie zakodowałam twarzy właścicielki. Za szybko chodzę. Po mamie i tacie mam tę przypadłość, trochę, jak z tej bajki, której nazwy nie pamiętam, gdzie bohaterem był Pan Rozpędek. A może sobie tę opowiastkę wymyśliłam, jak wszystko, o czym piszę na tym blogu.
Nieważne.

Jedna z dziewczyn, ta od butów, ma ulizane i zaczesane do tyłu włosy, jak młody dandys. Do tego prosty płaszcz, rurki i wygodne sneakersy. Podoba mi się. I chcąc nie chcąc, zaczynam się zastanawiać, czy jedyne, co może zrobić człowiek próbujący oprzeć swoją tożsamość na jednostkowej niepowtarzalności, to zamanifestowanie bliskich mu wartości w akcie konsumpcji? Przed moimi nowymi sąsiadkami leży na stole biały notebook z uszczerbionym jabłkiem, chyba im kiedyś spadł. Roland Barthes, który umarł cztery lata po założeniu przez Jobsa Apple, już w latach sześćdziesiątych opisywał zjawisko stylizacji produktów, czyli nadawania im dodatkowych znaczeń i ich przenoszenia na konsumenta, w trakcie społecznego aktu konsumpcji (wybaczcie ten socjologiczny żargon, ale w końcu tytuł magiczny do czegoś zobowiązuje). Idąc dalej, dochodzimy do reifikacji, czyli procesu urzeczowienia człowieka, zredukowania do roli przedmiotu. Czyli tego, o czym pisał dawno temu Bauman, ale także Palahniuk w Fight Club: rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie.  Ty masz nowego srajfona, czy srajfon ma tak naprawdę ciebie? Kupujesz meble. Mówisz sobie, to jest ostatnia kanapa, jakiej będę potrzebował w życiu. Kupujesz kanapę, potem przez parę lat jesteś zadowolony, że cokolwiek będzie się działo złego, masz przynajmniej rozwiązaną sprawę kanapy. Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan. A potem jesteś uwięziony w swoim uroczym gniazdku i stajesz się własnością rzeczy, które kiedyś były twoją własnością.

Jak nigdy wcześniej, masz możliwość samostanowienia i autokreacji, to twórcze samookreślenie jara cię w opór.  Tak, jak Rysiek Riedel był skazany na bluesa, tak ty jesteś skazany na wybór.  I kolejny. I kolejny. Iluzoryczny. Everything’s a copy of a copy of a copy. Przeklęte kupuję, więc jestem. Kupujesz tożsamość, jako kombinację towarów, kalejdoskop osobowości na wyciągnięcie ręki, a raczej portfela. Aż w nim i w tobie zostaje… pustka.

A co, jeśli ja nie chcę? Tak, jak Mark Renton w Trainspotting Boyle’a, który mówi:  Wybierz życie. Wybierz zawód. Wybierz karierę. Wybierz rodzinę. Wybierz wielkie telewizory, pralki automatyczne, samochody, odtwarzacze kompaktowe i elektryczne otwieracze do konserw… Wybierz majsterkowanie, siedzenie na kanapie, oglądanie rozmiękczających mózg teleturniejów i zapychanie ust hamburgerami. Wybierz na końcu całej tej drogi wysadzanie cię na basen w domu starców, wybierz gnicie, wprawiające w zakłopotanie tych egoistycznych kolesiów, których spłodziłeś, żeby cię kiedyś zastąpili. Wybierz swoją przyszłość. Wybierz życie… Ale dlaczego ja miałbym chcieć to wybrać?

Co, jeśli ten pluralizm wyborów przeraża mnie? Jeśli wolę targi staroci od targów próżności w centrach handlowych? Jeśli galeria nadal kojarzy mi się ze sztuką, ale nie mięsa? Co, jeśli czuję, że wolę tamten porządek świata, który odchodzi w niepamięć? I że nie tak wyobrażam sobie rozwój? I że znam o wiele lepsze sposoby osiągania rozkoszy i szczęścia, niż zakupy?  Że wkurwia mnie, że człowiek nie działa zgodnie ze swymi możliwościami i predyspozycjami, lecz zgodnie z wymaganiami rynku?

Może to dziwne, ale ja rozwój wyobrażam sobie zawsze horyzontalnie, a nie wertykalnie. Czyli inaczej, a nie więcej. I tak, jak nie współczułam frankowiczom, tak też nie współczuję dziewczynom z Instagrama, goniącym za nowszym modelem torebek, butów i futerek. Być może voluntary simplicity – dobrowolna prostota, o której pisał bodajże Inglehart, zostanie przywrócona/zapoczątkowana przez drastyczniejsze wydarzenia, do jakich najwyraźniej zmierza świat, w związku z poczynaniami pana zza wschodniej granicy. Wojna jako lekarstwo na affluenzę (od affluence – dostatek oraz influenza – grypa) wydaje się być rozwiązaniem ostatecznym, ale bardzo prawdopodobnym. Bo trochę nam się Ziemia za bardzo rozbiegunowała, a półkule  spolaryzowały, pod względem dobrobytu.

A przecież jesteśmy tylko roztańczonym pyłem tego świata.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

w dzień zaćmienia słońca

W dzień zaćmienia centralna gwiazda zamieniła się w zielony księżyc, wyglądający niczym pacman, łykający milkiłeje na niebie. Am-am-am – wiecznie głodny, ulubiony emotikon M., przez godzinę oświetlający  ziemię tylko na pół gwizdka.
W dzień zaćmienia słońca wszystko toczy się tym samym rytmem. Kochankowie rozstają się rano i idą do pracy, a wieczorem witają się ponownie, być może w innych konfiguracjach i konstelacjach niebieskich. Podróżujący wyjeżdżają na bliskie południe, inni wracają z bardzo dalekiego wschodu. Jet lag im niestraszny, gdy przemieszczają się przy znikającym słońcu.

Pociągiem bez wi-fi jadę do Krakowa, tym razem po zmierzchu.
Zaciemnieniu.
Zaćmieniu.
Koleś-figo-fago podbija do mnie z grzecznym pytaniem, czy może ma pani odstąpić jednego papierosa?  Udaję, że nie słyszę, na trzy sekundy oddziela nas tablica z  odjazdami  pociągów, te trzy sekundy wystarczają, by młody wypluł z siebie litanię do ziomka i jego dupy, siedzących przed nim na ławce: jak ja nie cierpię takiego czegoś, kurwa, nie rozumiem tych ludzi.  Ale ja nagle rozumiem i gdy figo-fago atakuje mnie znowu tym samym pytaniem, odpowiadam szybko, że nie palę. Rozumiem, że moimi wypowiedzianymi miękko słowami, daję mu odrobinę szacunku, której tak pragnie. I słyszę, jak opowiada swym współtowarzyszom, że przecież ma honor, witając się z jakimś nowoprzybyłym, który okazuje się ich znajomym, a który ratuje go fajką. Nikt nie lubi czuć się ignorowany.

Wsiadam do pociągu.
Miejsce numer jedenaście – święte, bo jedyne pojedyńcze i z krzyżykiem powyżej, okazuje się zajęte. Przez panią, która przeszła z innego wagonu, bo jej wagonem jechał menel, a więc wagon jechał menelem. I jeszcze śpiewał do tego.
Nikt nie lubi czuć się rozczarowany.

Ale ja lubię czuć się wspaniałomyślna, więc mówię, że no problemo, usiądę na innym wolnym miejscu, skoro pani jedzie tylko do Katowic, a nie samego Krakau. Poczucie dobrego uczynku jest silniejsze od uczucia głodu i jakoś wytrzymuję i nie pożeram chrupiącej kanapki przy współpasażerze. Za chwilę wagon pustoszeje, więc czuję się niczym szejk, który dostał od ojca pociąg, bo zazdrościł kumplom ze studiów cisnących na zajęcia kolejką podmiejską. Teraz jestem królem.

I rozwalona na dwóch siedzeniach, obserwuję chłopaka, który wchodzi do toalety (dla niepełnosprawnych, więc nie trzeba czuć się weń, jak w kapsule czasu). Coś długo go nie ma, może się tam zabawia (?), ale nie, wychodzi. Widzę, że dokonał transformacji osobowości, przeistaczając się w młodego wilka w fioletowej koszuli, gotowego na podbój nocy w Franticu czy innym Prozacu. Nawet przystojny, tylko nie podobają mi się jego buty, jak na wesele.

Pan ogłasza przez głośnik, że pociag ma 20 minut opóźnienia. Pięknie – a ja już zjadłam wszystko, przeczytałam wszystko i napisałam wszystko. Kurtka powieszona przede mną miarowo uderza zamkiem o szybę, w rytm kołysania pociągu. Wytrzymuję tę szklano-metalową kopulację tylko kilkadziesiąt sekund, dając nacieszyć się im nagłym porywem namiętności, po czym rzucam kurtkę na torbę leżącą na siedzeniu obok. Ta łapie ją łapczywie i miłosny taniec powtarza się ze zdwojoną siłą.
Ty stara torbo, z płachtami odchodzącej skóry (skórki? skaju?), odsłaniającej plamy, które usiłowałam zamalować czarnym markerem. Ty głupia kurtko, doganiająca wiekiem legendarną skórę Bono z U2. Czy musicie robić to na oczach wszystkich? Jak jakaś para smarkaczy obłapiających się na klatce schodowej i wchodzących w ślinę, niebacznych na to, że podgląda ich stara panna w okularach i spódnicy za kolana?

Kolana.
Kolana.
Spadam na kolana, zapominając przy zeskoku z łóżka, że jest wyższe, niż moje.

Gdzie jest ta cholerna pizza ze szpinakiem?
Pisanie zawsze kończy się u mnie głodem.

Tak samo się zaczyna.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

jeśli ktoś nigdy nie upadł…

…to skąd mamy wiedzieć, czy potrafiłby wstać?

Jan Twardowski powiedział kiedyś, że w życiu najlepiej, kiedy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest nam tylko dobrze – to niedobrze. I wydaje mi się, że w tym tkwi klucz do zrozumienia pewnych zachowań. Psychologowie – badając zjawisko zwane rezyliencją – potwierdzili, że najlepiej z problemami radzą sobie osoby, które doświadczyły w życiu pewnych trudności, o ile nie były one przesadnie dotkliwe. Czyli były taką szczepionką wprowadzoną do organizmu w małej dawce, aby go uodpornić i tym samym zapewnić człowiekowi elastyczność, pozwalającą na lepsze dostosowywanie się do zmian, ale i kłopotów. Jeśli ktoś od samego początku (czyli już w dzieciństwie) musiał sobie radzić z pewnymi, mniejszymi lub większymi, traumami, wtedy ma większe szanse na to, by nauczony, jak postępować w takich przypadkach, poradzić sobie lepiej i szybciej, niż ktoś, kto takich traum nie miał.

To dlatego też w sytuacjach kryzysowych, występujących w codziennym życiu, lepiej radzą sobie „zahartowani w bojach”, a nie ciepłe kluchy płaczące nad rozlanym mlekiem, zamiast iść po ścierkę i je po prostu wytrzeć. Bo pierwszy raz widzą rozlane mleko. Bo ścierka jest za daleko i jest taka ciężka. Bo to ponad ich siły i tak w ogóle, to życie jest bez sensu, skoro mleko się wylewa… Oczywiście przejaskrawiam teraz, ale to fakt – „zahartowani” widzieli już wcześniej to wylane mleko i dlatego wiedzą, jak się zachować w danej sytuacji, mogą zareagować szybciej i bez mniejszego stresu.

Jestem zdania, że porażki są po to, aby coś z nich wyciągnąć, przetrawić je i wysrać, nawet jeśli było to zajebiście ostre jalapeño i znowu będzie piekło. Trochę tak, jak terapeuci radzą rodzinom uzależnionych – by nie wyciągać ich za każdym razem z tarapatów za pomocą dmuchanego kółka, lecz dać zejść w stronę mułu, do dna, z którego mogą odbić się tylko sami. A nie jest to łatwa decyzja – pozwolić bliskiej osobie na przejęcie odpowiedzialności za własne, niszczone życie. Dlatego porażka jest nieodzowna. Porażka rozumiana nie jako samo zdarzenie, lecz nasza reakcja na nie. Zdanie wyświechtane, ale jakże prawdziwe.

Tylko jak przestać myśleć o sobie, jak o ofierze losu, zdeterminowanej przez geny, fatum, czy gorszy start w życiu – skoro takie tłumaczenie daje chwilowy spokój? I co z tego, że niczego nie zmienia, a w dłuższym rozrachunku tylko pogarsza sytuację? Łatwiej przecież twierdzić, że ma się pecha, że nic się nie da na niego poradzić, bo „los tak chciał”, bo taki mam horoskop (sic!) – i pozostać w tej samej melanchujni, w której się znalazło. Czarne koty i zbite lusterka wymyślono nie bez przyczyny, prawda?

Jak przestać być ciulem, kiedy nabyta bezradność daje takie przyjemne (choć chwilowe) ukojenie?

No cóż… Bardzo prosto i bardzo trudno, jednocześnie.  Trzeba bowiem chcieć zrozumieć, że to, co czyni nas lepszym, ciekawszym, mądrzejszym człowiekiem, to odpowiedzialność za własne czyny. I własne zaniechania.
Tyle i aż tyle.

Samostanowienie.

Dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie ten fakt, możemy pójść krok dalej. Możemy przestać postępować według schematów, które wdrukowała nam rodzina i szkoła. Społeczeństwo. Religia. Kultura. Ale żeby sensownie wędrować dalej, czasami często trzeba… ścisnąć dupę. Można to uczynić również z żalu. Złości. Niezgody na pewne ograniczenia (istniejące realnie bądź tylko w naszej głowie, ale tego mózg w sumie i tak nie odróżnia). Wiedza o sobie samym i naturze innych ludzi oraz kochanie życia bardzo w tym pomagają. Dlaczego? Bo na początku musimy zaakceptować, że przeciwieństwa losu  zawsze są, były i będą – a sprawiedliwość nie istnieje. Smuteczek.

I jak?
Jak by to było, gdybyś miał jutro umrzeć? Jaki napis wyryty sprawną dłonią kamieniarza widzisz na Twym wyobrażonym nagrobku?

Żyłem / żyłam tak, jak chciałem / chciałam

czy może raczej

Tu leży on / ona – największy ciul, jakiego znaliście?

Enjoy with this sentence.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

gdzie mój laptop, tam mój dom jest

Mój krótki antrakt w przedstawieniu zwanym normalnym życiem, kolejna ucieczka od rzeczywistości, dobiegła końca i znowu idę w kierunku dworca.

Wraz ze mną idzie dwudziestokilogramowy przyjaciel, którego muszę nieść, bo ma mniej siły niż ja. Popieprzam z nim po schodach do przejść podziemnych, po nierównych chodnikach, po ulicach wąskich, jak te w Portugalii, gdzie tramwaj prawie zahacza o parapet okna, po ulicach szerokich, jak definicja normalności.

Nagle przystaję, bo w głowie pojawia się niepokojąca myśl, unosząca się lekko, jak motyl z wiersza Kofty:

Jest zawsze smuga cienia
Między nocą – dniem
To co śnisz o motylu
Bywa jego snem
Kiedy cię noc ogarnia
Gdy zamykasz drzwi
Nie tylko ty śnisz motyla
(Nie tylko) ty śnisz motyla
I motyl ciebie, ciebie śni

Świetlisty profil
Widzisz pod słońce
Fala burzliwa
Piasek omiata
Gonisz mnie
Gonisz
Nie! Nie dogonisz
Jestem dziewczyną
Nie z tego świata

Jest zawsze smuga cienia
Między nocą – dniem
To śnisz o dziewczynie
Może być jej snem
Kiedy cię noc ogarnia
Gdy zamykasz drzwi
Nie tylko ty śnisz dziewczynę
(Nie tylko) ty śnisz dziewczynę
Dziewczyna ciebie
Ciebie śni
I motyl ciebie
Ciebie śni

A co, jeśli to tu i teraz to jest właśnie moje prawdziwe życie, a gdy dotrę do dworca, przeniosę się w sen, jak DiCaprio w Incepcji? Może on miał swojego bączka, a ja mam swoje dworce? Może jestem jak ten człowiek, któremu przyśnił się motyl i po przebudzeniu nie wiedział, czy motyl przyśnił się jemu, czy to on jest  snem motyla?

Może jestem dziewczyną nie z tego świata?

Mijam brodatego menela zbierającego pety pod drzewem, prawie jednocześnie dostrzegam jego ekskluzywnego kolegę pielęgnującego swój zarost u barbera, po drugiej stronie ulicy. Zapłaci mu za tę usługę tyle, ile ten po mojej stronie mógłby wydać na śniadanie, obiad albo kolację przez trzy dni. W zależności od tego, czy ekskluzywny zażyczy sobie strzyżenie z myciem czy z modelowaniem,  mycie z suszeniem, czy bez, a może jebnie cover i pomaluje se brodę wikinga na rudo, po tym strzyżeniu.

Plecak, my new best friend, wrzyna się niemiłosiernie w ramiona nieprzyzwyczajone jeszcze do jego towarzystwa. Do innych obecności przyzwyczajam się szybko. Dobrej muzyki, promieni słońca na twarzy, smacznej kawy, ciekawych rozmów.

I ludzi.

Stanowczo za szybko.  I czuję, że chcę jeździć i szukać ich po świecie, jak najpiękniejsze okazy na giełdach minerałów. Kolekcjonować historie topazów. Doświadczenia jadeitów. Opowieści ametystów. Przygody opali. Przypadkowe spotkania szafirów, spojrzenia jaspisów, uściski dłoni szmaragdów. Śmiechy pereł i uśmiechy turkusów.

Tak jak ten pani Basi, przy śniadaniu jedzonym w cudownym miejscu, w którym czułam się, jak u siebie w domu. Piłam ze swojego kubka i gotowałam wodę w swoim czajniku. I z przyjemnością oddawałam się rozmowie z gospodynią, zostawiając notatnik, pióro z napisem dla żmijusi oraz stary telefon na skraju stołu. Pani Basia wzięła mnie na wycieczkę po stolicy, w której mieszkają ludzie odmalowani jej pędzlem tak wyraźnie, że poczułam się ich krewną, albo chociaż bliską znajomą. Sztukmistrzyni słowa, czarodziejka historii, królowa życia, która w wieku prawie-sześćdziesiąt-a-duchem-trzydzieści zanosi się perlistym śmiechem, wspominając swych wszystkich narzeczonych. Żywych i umarłych.

Zapach świeżego pieczywa przypomina mi smakowitą ziarnistą bagietkę, zjedzoną poprzedniego wieczoru i zrobioną przez kogoś, kto trafia idealnie w mój gust. Nie tylko kulinarny, ale również akomodacyjny, bo to nie ja zadecydowałam, że zjem śniadanie przy stole warsztatowym i zasnę na łóżku z palet, jak w domu.

Uwielbiam takie niespodzianki, te małe smakowite kąski na talerzu codzienności.

Być może zgubi to mój kręgosłup, tak rzadko pochylony ostatnio pod ciężarem domu niesionego na barkach. Bo tam, gdzie mój laptop, tam mój dom jest.

Wszędzie.

 

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.