wsiąść do pociągu turkusowego

Lubię jeździć pociągami.

Lubię to wyjście poza swój ciepły kokon, poza nawias codzienności, poza pieprzony dzień świstaka od 9 do 17 i te same ryje na fejsie, w okienkach przy zielonych kropkach.

Lubię nawet wcześniejsze wstawanie, pomimo notorycznego niedospania. Jakoś wtedy udaje mi się nie zasnąć po budziku (bo funkcje drzemki są dla prokrastynatorów), albo udaje mi się odebrać telefon od zegarynki, o przyjemnym męskim głosie. Głosie, do którego zmierzam, który jest moim przewodnikiem, moim sherpa przeprowadzającym mnie przez meandry już-nie-snu a prawie-jawy.

I nawet te same płatki jedzone na śniadanie szósty dzień z rzędu (bo jest sobota), smakują mi jakoś inaczej. Jakoś niebezpieczniej, słodziej i wilgotniej. Suszone śliwki wślizgują się do ust z większą przyjemnością, a daktyle nie porzucają swej skórki.

Zmierzam w stronę przystanku autobusowego, tego dziwnego miejsca nie-miejsca kojarzonego już tylko z imprezami, po których prowadzenie samochodu jest czynnością głupawą, a czasem zupełnie niemożliwą. Obcasy stukają, bo mogą, idę wolno, ale sprężyście, bo mogę. Taka dynamiczna medytacja. Ukołysana ruchem szpilek uderzających o chodnik, robię wdech i wydech nosem, po pięciu zmiana – wdech nosem, wydech ustami, po pięciu zmiana – wdech ustami, wydech nosem, a na koniec pięć wdechów i wydechów ustami. I już jestem na przystanku.

W autobusie kupuję bilet, miły pan kierowca z pismem świętym na desce rozdzielczej pyta mnie, czy chcę cały – kocham go za to. To słodkie, gdy ktoś obcy uważa, że nadal mogę być zabłąkaną studentką – tak, jakby osiem lat studiów, to za mało na polskie warunki.

Wysiadam w centrum, zegar na wieży huty wybija pełną godzinę, a ja kroczę w opadającej mgle, czując się jak Angielka pod Big Benem, szukająca dworca PKP.

Kasjerka pytająca o mniejszy nominał, przypomina mi kogoś, kogo dawno temu rozpoznawałam, ale nie pamiętam dlaczego. Może za dużo znam  przyjemnych blondynek, o słodkim uśmiechu i szmince jaśniejszej niż naturalny odcień ust.

W rytm nadjeżdżającego w mym umyśle pociągu, a później już w jego wnętrznościach, po kolei pojawia się:

pani w sklepie, gdzie kupuję małą wodę gazowaną (bo niegazowaną nie umiem się napoić), proponująca mi snickersa (nie, dziękuję, ja słodycze jem tylko z kawą).

starsze małżeństwo siedzące na ławce plecami do mnie i rozmawiające o wnuku, któremu dadzą po przyjeździe wagon (raczej fajek, a nie do kolejki elektrycznej, ale… who knows?) – bo smarkacz dostał już jeden na urodziny – i tu następuje chichot rozbawionych staruszków.

pan żul pijący dwa harnasie z przerwą na półgodzinną drzemkę z otwartą paszczą – nie zdążyłam puścić pawia od oparów niestrawionego alku, bo wyszedł, razem ze swoimi krzyżówkami panoramicznymi, których było pięćset.

cichy pan czytający Angorę (jezusie, jak ta gazeta pachnie…) i uśmiechający się z zakłopotaniem, gdy głośno wyrażam swą dezaprobatę, iż w pociągu grzeją tak, że spodnie przykleiły mi się do dupy i otwieram okno.

turkusowopalczasta konduktorka przerywająca moje zdumienie, gdy pociąg nagle zamiast jechać do przodu, rusza w przeciwnym kierunku, i znowu siedzę tyłem do kierunku jazdy – patrzę na jej paznokcie z fascynacją, ale ona nie chce sprawdzić, czy moje oczy są równie turkusowe i mnie olewa.

pani z czwórką małych dzieci i chyba piątym w drodze, albo z oponą na brzuchu po tym czwartym – ale nie, że jakaś patologia, bardzo ładna pani ze słodkimi, cichymi dziećmi, idącymi za nią jak na sznurku.

no i na końcu pan pijak przechadzający się jedenaście razy w tę i z powrotem i z każdym przejściem coraz bardziej najebany, uparcie siłujący się z drzwiami – mógłby zostać na jakiś czas w tym przedsionku, w tym dziwnym miejscu między wagonami, kwadracie pół na pół metra, wytrzeźwiałce dla alkoholików-perypatetyków, szukających wyjścia ze swego pijanego życia.  Nad drzwiami – obok wielkiego numeru 2, przekreślonego papierosa i ikonki kamery – wystarczy powiesić napis return to reality.

Zaraz padnie mi lapek, ale to też jest fajne, bo kolejne dwie godziny spędzę na czytaniu książki odkładanej od pięciu miesięcy. Wzięłam tę z samego szczytu mej tsundokowej wieży.

Jest dobrze.
Otwieram kalendarz, aby zapisać tam to, czego nie zdążę już wyklikać i mój wzrok pada na stronę pomiędzy lutym a marcem.

I czytam tam:
turkusowy – synonim wody i nieba. Nazywany barwą mądrości oraz prawdy. Kolor optymistów, osób twórczych, konsekwentnie realizujących wyznaczone cele. Dodaje wiary w siebie i innych.

Taka koincydencja.

Wyglądam przez okno, w dole płynie rzeczka, jakiś tata z małym synkiem wybrał się na wyprawę ścieżką rowerową, a po drugiej stronie rzeki dwaj młodzi chłopcy piją pierwsze w swoim życiu piwo. W krzakach, skuleni i z oczami dookoła głowy, jak dwie surykatki.

I myślę o tym, że wszystko to spiszę w hotelowym pokoju, zanim wieczorem przyjdzie pan  o radiowym głosie i zabierze mnie w dalszą podróż.

Gdy wysiadam, pierwszy raz tego dnia świeci słońce.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.