jeśli ktoś nigdy nie upadł…

…to skąd mamy wiedzieć, czy potrafiłby wstać?

Jan Twardowski powiedział kiedyś, że w życiu najlepiej, kiedy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest nam tylko dobrze – to niedobrze. I wydaje mi się, że w tym tkwi klucz do zrozumienia pewnych zachowań. Psychologowie – badając zjawisko zwane rezyliencją – potwierdzili, że najlepiej z problemami radzą sobie osoby, które doświadczyły w życiu pewnych trudności, o ile nie były one przesadnie dotkliwe. Czyli były taką szczepionką wprowadzoną do organizmu w małej dawce, aby go uodpornić i tym samym zapewnić człowiekowi elastyczność, pozwalającą na lepsze dostosowywanie się do zmian, ale i kłopotów. Jeśli ktoś od samego początku (czyli już w dzieciństwie) musiał sobie radzić z pewnymi, mniejszymi lub większymi, traumami, wtedy ma większe szanse na to, by nauczony, jak postępować w takich przypadkach, poradzić sobie lepiej i szybciej, niż ktoś, kto takich traum nie miał.

To dlatego też w sytuacjach kryzysowych, występujących w codziennym życiu, lepiej radzą sobie „zahartowani w bojach”, a nie ciepłe kluchy płaczące nad rozlanym mlekiem, zamiast iść po ścierkę i je po prostu wytrzeć. Bo pierwszy raz widzą rozlane mleko. Bo ścierka jest za daleko i jest taka ciężka. Bo to ponad ich siły i tak w ogóle, to życie jest bez sensu, skoro mleko się wylewa… Oczywiście przejaskrawiam teraz, ale to fakt – „zahartowani” widzieli już wcześniej to wylane mleko i dlatego wiedzą, jak się zachować w danej sytuacji, mogą zareagować szybciej i bez mniejszego stresu.

Jestem zdania, że porażki są po to, aby coś z nich wyciągnąć, przetrawić je i wysrać, nawet jeśli było to zajebiście ostre jalapeño i znowu będzie piekło. Trochę tak, jak terapeuci radzą rodzinom uzależnionych – by nie wyciągać ich za każdym razem z tarapatów za pomocą dmuchanego kółka, lecz dać zejść w stronę mułu, do dna, z którego mogą odbić się tylko sami. A nie jest to łatwa decyzja – pozwolić bliskiej osobie na przejęcie odpowiedzialności za własne, niszczone życie. Dlatego porażka jest nieodzowna. Porażka rozumiana nie jako samo zdarzenie, lecz nasza reakcja na nie. Zdanie wyświechtane, ale jakże prawdziwe.

Tylko jak przestać myśleć o sobie, jak o ofierze losu, zdeterminowanej przez geny, fatum, czy gorszy start w życiu – skoro takie tłumaczenie daje chwilowy spokój? I co z tego, że niczego nie zmienia, a w dłuższym rozrachunku tylko pogarsza sytuację? Łatwiej przecież twierdzić, że ma się pecha, że nic się nie da na niego poradzić, bo „los tak chciał”, bo taki mam horoskop (sic!) – i pozostać w tej samej melanchujni, w której się znalazło. Czarne koty i zbite lusterka wymyślono nie bez przyczyny, prawda?

Jak przestać być ciulem, kiedy nabyta bezradność daje takie przyjemne (choć chwilowe) ukojenie?

No cóż… Bardzo prosto i bardzo trudno, jednocześnie.  Trzeba bowiem chcieć zrozumieć, że to, co czyni nas lepszym, ciekawszym, mądrzejszym człowiekiem, to odpowiedzialność za własne czyny. I własne zaniechania.
Tyle i aż tyle.

Samostanowienie.

Dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie ten fakt, możemy pójść krok dalej. Możemy przestać postępować według schematów, które wdrukowała nam rodzina i szkoła. Społeczeństwo. Religia. Kultura. Ale żeby sensownie wędrować dalej, czasami często trzeba… ścisnąć dupę. Można to uczynić również z żalu. Złości. Niezgody na pewne ograniczenia (istniejące realnie bądź tylko w naszej głowie, ale tego mózg w sumie i tak nie odróżnia). Wiedza o sobie samym i naturze innych ludzi oraz kochanie życia bardzo w tym pomagają. Dlaczego? Bo na początku musimy zaakceptować, że przeciwieństwa losu  zawsze są, były i będą – a sprawiedliwość nie istnieje. Smuteczek.

I jak?
Jak by to było, gdybyś miał jutro umrzeć? Jaki napis wyryty sprawną dłonią kamieniarza widzisz na Twym wyobrażonym nagrobku?

Żyłem / żyłam tak, jak chciałem / chciałam

czy może raczej

Tu leży on / ona – największy ciul, jakiego znaliście?

Enjoy with this sentence.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

gdzie mój laptop, tam mój dom jest

Mój krótki antrakt w przedstawieniu zwanym normalnym życiem, kolejna ucieczka od rzeczywistości, dobiegła końca i znowu idę w kierunku dworca.

Wraz ze mną idzie dwudziestokilogramowy przyjaciel, którego muszę nieść, bo ma mniej siły niż ja. Popieprzam z nim po schodach do przejść podziemnych, po nierównych chodnikach, po ulicach wąskich, jak te w Portugalii, gdzie tramwaj prawie zahacza o parapet okna, po ulicach szerokich, jak definicja normalności.

Nagle przystaję, bo w głowie pojawia się niepokojąca myśl, unosząca się lekko, jak motyl z wiersza Kofty:

Jest zawsze smuga cienia
Między nocą – dniem
To co śnisz o motylu
Bywa jego snem
Kiedy cię noc ogarnia
Gdy zamykasz drzwi
Nie tylko ty śnisz motyla
(Nie tylko) ty śnisz motyla
I motyl ciebie, ciebie śni

Świetlisty profil
Widzisz pod słońce
Fala burzliwa
Piasek omiata
Gonisz mnie
Gonisz
Nie! Nie dogonisz
Jestem dziewczyną
Nie z tego świata

Jest zawsze smuga cienia
Między nocą – dniem
To śnisz o dziewczynie
Może być jej snem
Kiedy cię noc ogarnia
Gdy zamykasz drzwi
Nie tylko ty śnisz dziewczynę
(Nie tylko) ty śnisz dziewczynę
Dziewczyna ciebie
Ciebie śni
I motyl ciebie
Ciebie śni

A co, jeśli to tu i teraz to jest właśnie moje prawdziwe życie, a gdy dotrę do dworca, przeniosę się w sen, jak DiCaprio w Incepcji? Może on miał swojego bączka, a ja mam swoje dworce? Może jestem jak ten człowiek, któremu przyśnił się motyl i po przebudzeniu nie wiedział, czy motyl przyśnił się jemu, czy to on jest  snem motyla?

Może jestem dziewczyną nie z tego świata?

Mijam brodatego menela zbierającego pety pod drzewem, prawie jednocześnie dostrzegam jego ekskluzywnego kolegę pielęgnującego swój zarost u barbera, po drugiej stronie ulicy. Zapłaci mu za tę usługę tyle, ile ten po mojej stronie mógłby wydać na śniadanie, obiad albo kolację przez trzy dni. W zależności od tego, czy ekskluzywny zażyczy sobie strzyżenie z myciem czy z modelowaniem,  mycie z suszeniem, czy bez, a może jebnie cover i pomaluje se brodę wikinga na rudo, po tym strzyżeniu.

Plecak, my new best friend, wrzyna się niemiłosiernie w ramiona nieprzyzwyczajone jeszcze do jego towarzystwa. Do innych obecności przyzwyczajam się szybko. Dobrej muzyki, promieni słońca na twarzy, smacznej kawy, ciekawych rozmów.

I ludzi.

Stanowczo za szybko.  I czuję, że chcę jeździć i szukać ich po świecie, jak najpiękniejsze okazy na giełdach minerałów. Kolekcjonować historie topazów. Doświadczenia jadeitów. Opowieści ametystów. Przygody opali. Przypadkowe spotkania szafirów, spojrzenia jaspisów, uściski dłoni szmaragdów. Śmiechy pereł i uśmiechy turkusów.

Tak jak ten pani Basi, przy śniadaniu jedzonym w cudownym miejscu, w którym czułam się, jak u siebie w domu. Piłam ze swojego kubka i gotowałam wodę w swoim czajniku. I z przyjemnością oddawałam się rozmowie z gospodynią, zostawiając notatnik, pióro z napisem dla żmijusi oraz stary telefon na skraju stołu. Pani Basia wzięła mnie na wycieczkę po stolicy, w której mieszkają ludzie odmalowani jej pędzlem tak wyraźnie, że poczułam się ich krewną, albo chociaż bliską znajomą. Sztukmistrzyni słowa, czarodziejka historii, królowa życia, która w wieku prawie-sześćdziesiąt-a-duchem-trzydzieści zanosi się perlistym śmiechem, wspominając swych wszystkich narzeczonych. Żywych i umarłych.

Zapach świeżego pieczywa przypomina mi smakowitą ziarnistą bagietkę, zjedzoną poprzedniego wieczoru i zrobioną przez kogoś, kto trafia idealnie w mój gust. Nie tylko kulinarny, ale również akomodacyjny, bo to nie ja zadecydowałam, że zjem śniadanie przy stole warsztatowym i zasnę na łóżku z palet, jak w domu.

Uwielbiam takie niespodzianki, te małe smakowite kąski na talerzu codzienności.

Być może zgubi to mój kręgosłup, tak rzadko pochylony ostatnio pod ciężarem domu niesionego na barkach. Bo tam, gdzie mój laptop, tam mój dom jest.

Wszędzie.

 

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

wsiąść do pociągu turkusowego

Lubię jeździć pociągami.

Lubię to wyjście poza swój ciepły kokon, poza nawias codzienności, poza pieprzony dzień świstaka od 9 do 17 i te same ryje na fejsie, w okienkach przy zielonych kropkach.

Lubię nawet wcześniejsze wstawanie, pomimo notorycznego niedospania. Jakoś wtedy udaje mi się nie zasnąć po budziku (bo funkcje drzemki są dla prokrastynatorów), albo udaje mi się odebrać telefon od zegarynki, o przyjemnym męskim głosie. Głosie, do którego zmierzam, który jest moim przewodnikiem, moim sherpa przeprowadzającym mnie przez meandry już-nie-snu a prawie-jawy.

I nawet te same płatki jedzone na śniadanie szósty dzień z rzędu (bo jest sobota), smakują mi jakoś inaczej. Jakoś niebezpieczniej, słodziej i wilgotniej. Suszone śliwki wślizgują się do ust z większą przyjemnością, a daktyle nie porzucają swej skórki.

Zmierzam w stronę przystanku autobusowego, tego dziwnego miejsca nie-miejsca kojarzonego już tylko z imprezami, po których prowadzenie samochodu jest czynnością głupawą, a czasem zupełnie niemożliwą. Obcasy stukają, bo mogą, idę wolno, ale sprężyście, bo mogę. Taka dynamiczna medytacja. Ukołysana ruchem szpilek uderzających o chodnik, robię wdech i wydech nosem, po pięciu zmiana – wdech nosem, wydech ustami, po pięciu zmiana – wdech ustami, wydech nosem, a na koniec pięć wdechów i wydechów ustami. I już jestem na przystanku.

W autobusie kupuję bilet, miły pan kierowca z pismem świętym na desce rozdzielczej pyta mnie, czy chcę cały – kocham go za to. To słodkie, gdy ktoś obcy uważa, że nadal mogę być zabłąkaną studentką – tak, jakby osiem lat studiów, to za mało na polskie warunki.

Wysiadam w centrum, zegar na wieży huty wybija pełną godzinę, a ja kroczę w opadającej mgle, czując się jak Angielka pod Big Benem, szukająca dworca PKP.

Kasjerka pytająca o mniejszy nominał, przypomina mi kogoś, kogo dawno temu rozpoznawałam, ale nie pamiętam dlaczego. Może za dużo znam  przyjemnych blondynek, o słodkim uśmiechu i szmince jaśniejszej niż naturalny odcień ust.

W rytm nadjeżdżającego w mym umyśle pociągu, a później już w jego wnętrznościach, po kolei pojawia się:

pani w sklepie, gdzie kupuję małą wodę gazowaną (bo niegazowaną nie umiem się napoić), proponująca mi snickersa (nie, dziękuję, ja słodycze jem tylko z kawą).

starsze małżeństwo siedzące na ławce plecami do mnie i rozmawiające o wnuku, któremu dadzą po przyjeździe wagon (raczej fajek, a nie do kolejki elektrycznej, ale… who knows?) – bo smarkacz dostał już jeden na urodziny – i tu następuje chichot rozbawionych staruszków.

pan żul pijący dwa harnasie z przerwą na półgodzinną drzemkę z otwartą paszczą – nie zdążyłam puścić pawia od oparów niestrawionego alku, bo wyszedł, razem ze swoimi krzyżówkami panoramicznymi, których było pięćset.

cichy pan czytający Angorę (jezusie, jak ta gazeta pachnie…) i uśmiechający się z zakłopotaniem, gdy głośno wyrażam swą dezaprobatę, iż w pociągu grzeją tak, że spodnie przykleiły mi się do dupy i otwieram okno.

turkusowopalczasta konduktorka przerywająca moje zdumienie, gdy pociąg nagle zamiast jechać do przodu, rusza w przeciwnym kierunku, i znowu siedzę tyłem do kierunku jazdy – patrzę na jej paznokcie z fascynacją, ale ona nie chce sprawdzić, czy moje oczy są równie turkusowe i mnie olewa.

pani z czwórką małych dzieci i chyba piątym w drodze, albo z oponą na brzuchu po tym czwartym – ale nie, że jakaś patologia, bardzo ładna pani ze słodkimi, cichymi dziećmi, idącymi za nią jak na sznurku.

no i na końcu pan pijak przechadzający się jedenaście razy w tę i z powrotem i z każdym przejściem coraz bardziej najebany, uparcie siłujący się z drzwiami – mógłby zostać na jakiś czas w tym przedsionku, w tym dziwnym miejscu między wagonami, kwadracie pół na pół metra, wytrzeźwiałce dla alkoholików-perypatetyków, szukających wyjścia ze swego pijanego życia.  Nad drzwiami – obok wielkiego numeru 2, przekreślonego papierosa i ikonki kamery – wystarczy powiesić napis return to reality.

Zaraz padnie mi lapek, ale to też jest fajne, bo kolejne dwie godziny spędzę na czytaniu książki odkładanej od pięciu miesięcy. Wzięłam tę z samego szczytu mej tsundokowej wieży.

Jest dobrze.
Otwieram kalendarz, aby zapisać tam to, czego nie zdążę już wyklikać i mój wzrok pada na stronę pomiędzy lutym a marcem.

I czytam tam:
turkusowy – synonim wody i nieba. Nazywany barwą mądrości oraz prawdy. Kolor optymistów, osób twórczych, konsekwentnie realizujących wyznaczone cele. Dodaje wiary w siebie i innych.

Taka koincydencja.

Wyglądam przez okno, w dole płynie rzeczka, jakiś tata z małym synkiem wybrał się na wyprawę ścieżką rowerową, a po drugiej stronie rzeki dwaj młodzi chłopcy piją pierwsze w swoim życiu piwo. W krzakach, skuleni i z oczami dookoła głowy, jak dwie surykatki.

I myślę o tym, że wszystko to spiszę w hotelowym pokoju, zanim wieczorem przyjdzie pan  o radiowym głosie i zabierze mnie w dalszą podróż.

Gdy wysiadam, pierwszy raz tego dnia świeci słońce.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

jeśli myślisz, że masz czas

Teksty na Koincydencjach będą pojawiały się bardzo nieregularnie, ponieważ z moim pisaniem jest tak, że mam w głowie jakiś temat, czasem tydzień, albo i dwa, i on sobie tam kiełkuje, nabiera kolorów  i grubszej kreski, póki jakiś katalizator, jakiś mindfuck nie powoduje uzewnętrznienia się w postaci literek i zdań.

Dzisiaj przeczytałam u Michała, którego nawiedzam regularnie, wpis pt. Co musisz dla siebie zrobić mając dwadzieścia lat? i to był mój katalizator, przyczyniający się do dodania reszty słów do tytułu napisanego dwa tygodnie temu (niezłe lagi, wiem). A może powodem była rozmowa z siostrą, na temat urodzin taty oraz czasu, który w naszym odczuciu zapierdala, od jakichś 10-15 lat, jak curlerzy szorujący lód tymi śmiesznymi miotełko-szczoteczkami. Bo naprawdę dziwne to uczucie, gdy doskonale pamięta się laurkę robioną babci na pięćdziesiąte pierwsze urodziny (bo tyle kwiatków rysowałam), gdy mój własny ojciec skończył właśnie pięćdziesiąt pięć lat. Szok i niedowierzanie.
Kiedy to się stało, ja się pytam??

Tak, jakby po 25 roku życia, siedem lat robiło za jeden rok.

Przerażające.

Trochę więc można się wystraszyć, albo popaść w lekką depresję, czytając tekst Michała, nomen omen skierowany raczej do ludzi przed trzydziestką. Jego teza jest taka – doświadczaj, ile możesz, poznaj siebie, przeżyj, jak najwięcej, aby dowiedzieć się, czego chcesz w życiu i zacząć to realizować – im szybciej, tym lepiej. Bo im później, tym trudniej. Czyli mniej więcej to samo, o czym pisałam w Jedz te pierogi, bo cię pająk za obrazek wciągnie. Temat stary, jak Sokrates, który już w starożytności mówił poznaj samego siebie, a stanie przed tobą otworem cały świat.

Nie wiem, czy wy też tak macie, ale ja upływ czasu widzę tylko w momentach, takich flashbackach, kiedy dociera do mnie na przykład, że siostrzeniec, którego trzymałam do chrztu, jest teraz dziewięcioletnim mądralą, który nieraz zagina mnie swymi hasłami, albo informacjami, o których ja nie mam różowego pojęcia (np wyjeżdża z tekstem, że Putin jest jak Hitler, co zapewne wyczytał na jakimś forum na interii). Albo kiedy wraz z bratem muszę pożegnać psa, którego dostaliśmy, gdy miałam 17 lat. Albo kiedy babcia mówi, że umarł kolejny sąsiad lub kolega dziadka, od którego kupiłam rower za 50 zeta. Dopiero wtedy dociera do mnie, że od mojej matury minęło 15 lat, a większość znajomych z podstawówki/liceum/studiów, zdążyła się rozmnożyć, niektórzy nawet wielokrotnie, kilku rozwieść się, wyjechać w pizdu away, wrócić, znów się ochajtać… I, być może, nadal nie uświadamiać sobie, kim są i czego pragną.
Chciałabym wiedzieć, ilu z nich jest szczęśliwymi, spełnionymi ludźmi, którzy podążają swoją drogą i żyją takim życiem, jakim zawsze chcieli? Czy oprócz zwykłych, codziennych spraw, mają czas na swoje pasje i zainteresowania, czas na wsłuchanie się w siebie? Czy już tylko praca, zakupy, kolacja i pamiętniki z wakacji czy inne fakty w tv?

Zawsze mnie to przerażało.

To pieprzone słowo na „s”.

Stabilizacja.

Kiedy więc czytam, ilu rzeczy przed trzydziestką już nie zrobię, to jest mi smutno i popadam w chwilową melancholię. Bo doskonale zdaję sobie sprawę, że jest tylko jeden powód, dlaczego tak się nie stanie.

Bo mam trzydzieści trzy lata i jest mi z tym faktem bardzo dobrze.
Bo ta lista rzeczy do zrobienia w wieku dwudziestu lat , to jego lista, a nie moja.

Bo ja nigdy nie wierzyłam, że będzie łatwo i szybko.

Wiedziałam, że po prostu będzie. KIEDYŚ.

Myślisz, ze masz czas? To więcej nie myśl, tylko go wykorzystaj.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

coś się zesrało i śmierdzi? to spuść

Mężczyźni wiedzą, czego chcą i nie przeszkadza im samotność.
Rust Cohle, True Detectives

Ten, kto oglądał True Detective, wie o czym mówię – o scenie, kiedy Maggie przychodzi do domu Rusta i pyta go, dlaczego mieszka jak dzikus, pośród kartonów, zdjęć i papierzysk, bez mebli i wszystkich tych mieszczańskich artefaktów, o których pisał Piotr w  Nie chcę mieć większego.

Wtedy Rust mówi to zdanie. Męźczyźni wiedzą, czego chcą i nie przeszkadza im samotność.

Hmm… Może to nieumiejętność świadomego akceptowania ryzyka powoduje, że kobietom trudniej jest być „samotnymi”? Może trudniej im zrozumieć, że to, co da im szczęście, to raczej nie facet, nowe czerwone szpilki czy wakacje na Zanzibarze, cytując Piotra?
A, jebnę se firanki w kwiatki do kuchni / nową kuchnię / zajebistą kieckę / lepszy telefon, może będzie mi lepiej? A może zrobię sobie dziecko? Kota kupię? Zestaw do fondue? Dywanik łazienkowy?!

Gówno.
Powiem wam coś.

Nienawidzę firanek.

Śmieszą i nudzą mnie już te rozgraniczenia płciowe, że kobiety to, mężczyźni siamto,  bla, bla, bla… Mars, Wenus, chuje-muje dzikie węże/męże i pms. Jedyne, co jest pewne, to fakt, że laski mają cipki, a faceci penisy.

I w pewnych kwestiach, nie różnią się aż tak bardzo, niestety.
Tak jak istnieją kobiety, które zajebiście prowadzą samochód i mężczyźni, którzy są za kierownicą mistrzami, ale patelni, tak też istnieją mężczyźni, którzy nie wiedzą, czego chcą oraz kobiety, które wiedzą to doskonale.
I w tym serialu było to ukazane bardzo dobitnie. Bo drugi detektyw – Marty, jest facetem bez tej „męskiej” właściwości, gubiącym się w meandrach swojej słabej psychiki i silnego pożądania. A to nie on jest byłym ćpunem, a Rust.
Ale Rust ma nie tylko penisa, ale ma też jaja. Mentalne. Takie jak Maggie, kiedy wymusza na nim seks, bo wie, że tego chce i go potrzebuje, aby zamknąć pewien rozdział w swoim życiu.

Nie musisz być facetem, by wiedzieć, że nie trzeba trzymać w domu całej świni, dla 20 cm kiełbasy.

Że jak coś się popsuło albo zesrało i śmierdzi, to trzeba to spuścić i użyć odświeżacza powietrza o zapachu lasu. Najlepiej tropikalnego, żeby jakaś odmiana była. Albo otworzyć okno i drzwi i zrobić przeciąg, pozbywając się resztek złudzeń, smrodu niedopałków nadziei oraz naiwnych oczekiwań, które sobie uroiłeś w swym głupim łbie.

Tak sobie myślę, że to nie mężczyznę, a człowieka, poznaje się po tym,  jak kończy.
Życie to nie seks, przeciąganie pewnych aktów może być bardziej żałosne, niż przyjemne i dające rozkosz. Chemiczna potencja po zeżarciu hiszpańskiej muchy, albo innego syfu, który może spowodować danse macabre w łóżku.

Bo niestety nie wszystko w życiu da się naprawić. Czasami coś jest po prostu źle zepsute.

Parę miesięcy temu przeczytałam gdzieś w necie fajne zdanie na ten temat – jak ci umrze pies / kot, to też go reanimujesz tydzień, miesiąc, rok, zanim go pochowasz?
No właśnie. To nieracjonalne.

Ale ja się nie znam, ja tylko rozważam opcje. I wiem, że aby zacząć coś nowego, trzeba pozamykać wszystko, co powinno być zamknięte. Napisać epilog w swojej książce, nawet jeśli była to nowela. Nie mówię o paleniu mostów, to zostawiam saperom, ich to kręci.
Mówię o umiejętności nawiązywania relacji z innymi oraz z samym sobą, która objawia się postępowaniem w zgodzie ze swymi przekonaniami, nie raniąc przy tym tych innych.

Fajna umiejętność.
Takie mentalne cohones.

zdjęcie Matthew jest stąd

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.