w krwawym świetle księżyca

wstaję o 3,33 (cóż za wyczucie) i idę do kuchni sprawdzić, czy księżyc już spąsowiał, czy wciąż jest blady, jak twarz anorektycznej siedemnastolatki. wyglądam  przez okno, ale luna czmychnęła gdzieś pomiędzy drzewa w parku. mam teraz za oknem lunapark. jakieś senne, morfinowe elfy pokazują mi na migi (bo z daleka nie słyszę ich dziwnych treli), że mam szukać ich pani gdzieś indziej. chyba przeszła już za dom, ponad dachami unosząc się w zwiewnej szacie prawieporanka. no to idę, nadal na wpół śpiąc i szukam jej z drugiej strony. wychylam się przez okno, ale nie – i tu jej nie ma.
zawiedziona wlokę się z powrotem do ciepłego łóżka i spoglądam na ciało obce/niebieskie będące kometą, a może gwiazdą będące (bo dwa lata to na kometę chyba za długo). na pewno nie całym wszechświatem, o nie. czasem jest ciemną materią, (a to tylko dwadzieścia siedem procent wszechświata), bo równie hipotetycznie jest. może jest, a może go nie ma. ciało niebieskie, co raz jest, a raz go nie ma. ciało obce w oku. w gardle. w sercu.

***

ale kiedy tak leży obok i jest tu bardziej, niż ten zawieruszony gdzieś księżyc, czuję spokój. przestaję przejmować się jakimiś satelitami chowającymi się tam, gdzie moje okno nie sięga. widocznie krwawa luna nie dla mnie. krwawa mary z resztą też. przysuwam się blisko i zapadam w swój kosmiczny sen. niebo gwieździste nade mną, ciało niebieskie we mnie. śni mi się Kant. kantuję, śni mi się koniec świata. a może to początek? początek końca świata, ale jeszcze nie wiem, czyjego. moje sny nigdy nie były jednoznaczne i raczej a posteriori niż a priori. i znowu ten Kant. czuję się jak Uroboros, co pożera własny ogon. nie wiem skąd ta cała kosmologia, może nadal jestem lunatyczką. w dzieciństwie byłam i chciałam wyjść przez okno. raz. i za często patrzę ostatnimi czasy w niebo, to dwa. chyba brakuje mi przestrzeni na ziemi, więc szukam jej na innych planetach. teraz nawet na Marsie mogę, skoro znaleźli tam wodę. świat to za mało,  ale wszechświat  jest w sam raz.

rano, gdy następuje Wielki Wybuch, widzę wszystkie konstelacje nieba północnego i południowego, te wszystkie Barany, Wagi i Niedźwiedzice. i  jednocześnie  słyszę „mam tę moc, mam tę moc, rozpalę to, co się tli…” wydobywające się z głośnika jego telefonu. synchronizacja doskonała. telepatycznie wysyłam gratulacje do kogoś, kto odważył się przeszkodzić w tworzeniu naszego (wszech)świata.

rozpływam się, rozszerzam.
nieskończoność przepływa przeze mnie.

 Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

jestem miotełką

miotam się od jednej myśli do drugiej, jestem miotełką, łagodnie zamiatającą świetliste pomysły pod dywany dni. powinnam je odkurzyć, wszystkie moje dywaniki mają kłaczki na/w sobie. listki i kawałki trawy, nie wiem skąd, ostatnio przecież nie wiało. a może to makaron, nawijany na uszy przez kilka tygodni, w końcu wysechł i opadł?

mam tyle rzeczy do zrobienia, że nie robię nic i ta myśl sprawia, że z łagodnej miotełki zamieniam się w miotacz.
ognia?
kamieni?
bomb głębinowych?
miotam się od pokoju do kuchni, nie mogę czytać, nie mogę pisać, nie mogę się uczyć, nie wiem już, co mogę. nawet patrzeć nie mogę. czuję, że narasta we mnie panika, że dzień minie, a ja dalej siedzę na minie wydumanych planów zapisanych na pojedynczej karteczce, z klejem po drugiej stronie. przepisuję te „to do”  z jednego świstka papieru na drugi i szlag mnie trafia, bo czuję się jak w Dniu Świstka, pisząc te same słowa od tygodni.
jestem miotaczem min?

kot patrzy na mnie jak na idiotkę, bo znowu miotełką zamiatam jego wąsy i pazury, pazurami rozdrapuję jakieś strupy, nie wiadomo skąd. chcę żeby leciała krew, bo nic już nie czuję. żeby znowu coś się kotłowało, burzyło i pieniło. mam zespół niespokojnych rąk, czy w tv reklamują już specyfik na tę dolegliwość? jeśli wyczuję zadzior, muszę go wykończyć, jak wilk, co poczuł ranne zwierzę gdzieś w lesie, albo ten tygrys, co zjadł pana w zoo, bo mu od miesięcy przynosił niedobrą kolację i tygrys w końcu nie zdzierżył. sama siebie nie mogę wytrzymać, w tym stanie zawieszenia, w tym stanie niebycia, gdzie jest moje tu i teraz? w  tym odpryśniętym lakierze na paznokciu, co tak mnie wkurza, że zdrapuję zawsze do końca? chcę lekarstwo na niespójność, syrop pozwalający mi natychmiast, znowu być.

tymczasem wchodzę do szafki w kuchni, którą wysprzątałam tak, że można w niej zmieścić konia. liczę słoiki, liczę pokrywki i plastikowe pudełka po lodach. dwanaście. dziesięć. pięć. co się stało z dwoma przykrywkami, do cholery? zamiatam sobą okruszki po wczorajszej bagietce i jedną plombę, co mi wypadła, przez chrupkość pieczywa. chrrrr-upk-ość na zawsze połączona zostaje z uczuciem zaskoczenia, bagietka smakuje mi teraz wypadnięciem.
wypadłam z kolein i miotam (się), jak miotacz kulą na zawodach lekkoatletycznych. czasem rzucam (się) oszczepem, najczęściej dyskiem twardym. nie ma lekko, lekko już było. jestem jak ćma, co miota się oślepiona LEDem przy podwieszonym suficie. pamiętaj, co się stało z Ikarem, ty głupi, pudrowany owadzie.  

chowam miotełkę za drzwi, gaszę światło.
wystarczy tego sprzątania.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

moje dychotomie

Jednym z mych ulubionych filmów z dzieciństwa jest Maska (w Polsce znany jako Maska Lwa), z Cher w roli dość niekonwencjonalnej matki chłopaka o ksywie Rocky. Chłopak ma zniekształconą twarz, ma swoje marzenia i uwielbia motocykle – chce wyruszyć wraz z przyjacielem w podróż po stanach na dwóch kółkach. Pewnego dnia w szkole ma za zadanie coś napisać na zajęcia z literatury (nie pamiętam już, na jaki temat) i pisze wierszem listę rzeczy, które lubi i za którymi nie przepada. Nie jest to oczywiście żadne wybitne dzieło (jak moje, w podstawówce – kiedy to napisałam wiersz i wmówiłam wszystkim, że to ulubiony Różewicz go popełnił, no i wszyscy to łyknęli, bo nie było wtedy netu), ale pamiętam, że rozwalił mnie na kawałki. I chyba trochę wpłynął na moje postrzeganie świata i filozofię życiową, jakkolwiek górnolotnie to brzmi (ale w ass to mam). W wierszu-wyliczance Rocky’ego w rzeczach, które lubi, w ostatniej linijce napisał: promień słońca na mojej twarzy. Ale dokładnie taki sam wers był również w rzeczach, których nie lubi.
Rozumiesz o co mi chodzi?

***

Co lubię:

drzemkę po pracy, po której budzę się pełna energii i gotowym tekstem w głowie,
prysznic o 2 w nocy,
taniec światła na szybie i twarzy,
starą drewnianą podłogę, w której nieszpachlowanych zakamarkach czai się kurz 3 pokoleń,
liczenie białych cegieł na ścianie przed zaśnięciem, w świetle ulicznej latarni (taka moja medytacja),
głupka kota podgryzającego drewnianą żaluzję,
chodzić pieszo do pracy, czytając po drodze,
myśl, że mogę sobie w każdej chwili pojechać samochodem gdziekolwiek, albo po kogokolwiek,
asany na podrapanej czerwonej macie,
kawę z kawiarki,
odcinek ulubionego serialu,
znajdowanie nowej muzyki w necie i sałatkę grecką w niedzielę rano,
gadać z ludźmi z drugiej półkuli,
czytać, aż usnę,
robić zdjęcia,
chodzić na bosaka po błocie lub piasku,
spanie w pozycji drzewa, gdy łóżko jest całe moje
itp.

***

Ale lubię też:

kiedy przychodzisz do mnie w chustce ze znakiem jing-jang na głowie i mówisz, że to dla zachowania równowagi,
kiedy stoimy przy kasie w sklepie i mówisz na głos, aby wszyscy stojący w kolejce słyszeli: kochanie, będziemy mieć jedzenia na cały tydzień za te pieniądze, co wygrałem na strzelnicy,
kiedy kot kładzie się między nami, tworząc symbiozę, trójkąt dramatyczny człowiek-zwierzę-człowiek, ale dramat mu nie w głowie, bo zasypia, mrucząc,
kiedy nie możesz doczekać się, aby mi coś opowiedzieć i zaczynasz od swego nieśmiertelnego: nie uwierzysz, co się stało,
kiedy przynosisz pyszne jedzenie, a gdy zjem, mówisz – zbieraj się, jedziemy, zobaczyć ruiny zamku – chuj z tym, że jest noc, a ruiny nie są oświetlone i jedyne, co widać, to twoja latarka w telefonie,
kiedy tańczymy jak opętani do jakichś starych (jak my, albo świat) kawałków, które puszczasz na jutjubie, a kot patrzy na nas, jak na wróbla po kwasie,
spanie na łyżeczkę i na ratownika – gdy otaczasz mnie ramieniem, pomimo, że mi cierpnie kark, a tobie ręka, już po 5 minutach
itp.

***

A jednak można lubić wszystko.
Rozumiesz, o co mi chodzi?

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

wakacje

Nie pamiętam już, kiedy ostatnio spędziłam na świeżym powietrzu dobę, a nawet tylko dzień. Pewnie było to w czasie wakacji, gdy dwa miesiące wolnego obfitowały w letnie przygody nad morzem, jeziorem, w lesie, czy w górach. Albo kiedy rytm dnia wyznaczała polka z Lata z Radiem, puszczana o dziewiątej rano, a do domu zaganiały dzwony wybijające pełne jedenaście, a czasem dwanaście godzin (to uroki  mieszkania przy kościele). Powietrze po zmroku pachniało tajemnicą i przygodą – uwielbiałam tę woń ziemi mieszającą się z zapachem wieczornej rosy i czegoś, co pachnie tylko w dzieciństwie, a później, choćbyś nie wiem jak się starał, nie wraca. Może to zapach nagrzanej słońcem skóry, kurzu po całym dniu biegania za piłką, albo ochładzającego się asfaltu.
Nie wiem.

***

Piszę te słowa wyciągnięta na drewnianym pomoście nad wodą, usiłuję zasnąć i wiem, że zaraz mi się to uda, bo usypia mnie kumkanie żab, odgłos przejeżdżających w oddali samochodów, jakieś ptasie trele i bzyczenie owadów. Staram się odróżnić poszczególne dźwięki, licząc ile odgłosów uda mi się wyłowić z tej przyjemnej kakofonii. Mam zamknięte oczy i powoli odpływam w nicość, którą świetnie symulują promienie słońca przedzierające się przez dziurki mego czarnego kapelusza – widzę dziwną poświatę, która wciąga mnie w swoje wnętrze. W tym pół-śnie, pół-jawie czuję jeszcze, jak słońce zaczyna lizać moją lewą stopę, powoli przemieszczając się w górę łydki do uda. Tak, jakby ktoś okrywał mnie kołdrą z pierza, ciepłą i przytulną.
Uwielbiam to uczucie, gdy nagle jedyne, co słyszę, to mój własny, coraz głębszy oddech, kiedy przestaję reagować na insekty, usiłujące przeszkodzić mi w zapadnięciu w drzemkę. Resztką świadomości przenoszę się do czasów, gdy takie leżenie na trawie było częstym doświadczeniem – przypominają mi się bowiem eskapady nad wodę w dzieciństwie. Znowu mam dziesięć lat, leżę w ciemnoróżowym stroju na kocu i wygrzewam się, jak jaszczurka na gorącym kamieniu. Zapach potu miesza się z zapachem chloru, jestem na basenie wśród drzew. Czuję dumę, bo właśnie kolega nauczył mnie pływać, pozwalając trzymać za jego ramiona i chodząc ze mną na głębokie. Moje rozmyślania przerywa głos innego, który pyta się, po co noszę górę od stroju, skoro nie mam cycków. Mówię mu a po co ty nosisz majtki? Mam dziesięć lat, nie mam cycków, ale mam niewyparzony język i umiem pływać.

***

Zasypiam. Gdy się budzę, nie wiem, gdzie jestem, zawieszona w bezczasie i bardzo mi się to podoba. Są wakacje, słońce mnie piecze, raka i filtrów jeszcze nie wymyślono. Nagle czuję, że po plecach chodzi mi jakiś owad i już wiem, dlaczego wakacje już nigdy nie będą Wakacjami.
Wtedy czas nie istniał. Dwa miesiące trwały tak długo, że nie byłam w stanie uwierzyć, że mogę chcieć ich końca. Ale w sierpniu miałam przeczytane już wszystkie podręczniki (tak, wiem, psychiczna byłam).
A teraz? Niby leżysz na kocyku, jest cudownie, mija minuta, dwie, cztery, ale nagle czujesz na swoich plecach pieprzonego owada. I już wiesz, że ta błogość nie może trwać wiecznie. Że wakacje skończą się i wrócisz do swych obowiązków, do których nawet nie zdążyłeś zatęsknić. Że choćbyś nie wiem, jak olewał insekta łażącego ci po ciele, to nie jesteś w stanie o nim nie myśleć. Zrzucasz go z siebie i usiłujesz zasnąć na nowo. Tylko jakoś nie umiesz zapomnieć, że masz zaledwie parę dni, na swoje ukryte pragnienia. A na hasło wakacje życia, zawsze będziesz aktywował obraz opalonych nóg dziewczyny leżącej na kocu, gdy miałeś 15 lat.  Może nawet była podobna do Liv Tyler? Tylko, że twoja Liv skończyła parę dni temu 38 lat.

***

Dochodzi do mnie, dlaczego dzieciństwo i wszystko, co było pierwsze, zostaje w pamięci na zawsze, pomimo, że czasem wcale nie było najlepsze. Ta intensywność uczuć, moc doświadczania, jest nam dana tylko w młodości. Być może dlatego próbujemy w dorosłym życiu wrócić do tej intensywności kiedy pijemy alkohol, zażywamy dragi, próbujemy różnych ekstremalnych przeżyć – bo chcemy znowu poczuć coś mocno, pierwszy raz i prawdziwie? Jak wtedy, gdy pierwszy raz całowaliśmy się, spędziliśmy noc poza domem, albo wyruszyliśmy w podróż  bez pieniędzy, bez planu, ale z paczką świetnych znajomych.

Wakacje mode: off.
Nostalgia mode: on.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.

życie między słowami

Szczęśliwi niewolnicy są najzacieklejszymi wrogami wolności.
Marie von Ebner-Eschenbach

Kiedyś wydawało mi się, że wszystko zawiera się w ciągłym poczuciu niepewności, podnieceniu drugą osobą, ciągłych zwrotach akcji, wyznaniach gorących i górnolotnych. Pięknych słowach, tych ostatecznych. Cię. Zawsze. Nigdy.

Później okazało się, że były to nieodzowne składniki dania, które bez przypraw pozostaje jednak miałkie i bez wyrazu.

Bez wyrazów.
Gesty. Czyny. Wspólny śmiech z absurdu dostrzeganego tylko przez nas dwoje. To wszystko, co jest oprócz, poza tym, pomiędzy.

Wtedy, kiedy wychodzisz , a ja wstaję dopiero wtedy, gdy przestaję czuć twój pocałunek na ustach, który specjalnie odciskasz tak mocno, abym pospała jeszcze z kwadrans.

Wtedy, kiedy mówisz do mnie: nie gadaj już, tylko się przytul, obejmując mnie ramieniem i mocno przyciągając.

I wtedy, kiedy pomimo zmęczenia robisz późnym wieczorem ruskie pierogi, bo wiesz, że mam na nie ochotę  od dwóch tygodni.

***

Podobno… szczęście to uczucie, które pojawia się na myśl o jego utracie.
Tylko czy można utracić coś, czego nigdy się nie miało?

Podobno… wyuczony śmiech działa na organizm, jak prawdziwy, bo pobudza te same mięśnie. Zwykłe uniesienie kącików ust poprawia nastrój. Może więc i wyobrażone szczęście raduje tak samo?

Podobno… siła kobiet leży w tym, że są w stanie uznać złudzenia za rzeczywistość. Tak przynajmniej twierdził Fellini. A co, jeśli sądzę, że jest wprost przeciwnie i w uznawaniu złudzeń za rzeczywistość widzę nie siłę, lecz olbrzymią słabość? Bo jaką można czerpać siłę z życia wyobrażeniami czegoś, co tak naprawdę istnieje tylko w sferze fantazji? Z życia, które rozgrywa się tylko w czyjejś głowie wypełnionej kolorowymi fantasmagoriami?  I to raczej Hłasko był bliższy prawdy, gdy pisał, że żadna kobieta nie zapomni swoich marzeń o tym, kogo chciała mieć, a nie Fellini. Nie zapominać marzeń,  ale nie żyć złudzeniami… Bo życie to nie hologram, który sobie tworzysz w głowie, gdy nie umiesz spać. A ja nigdy nie miałam kłopotów ze snem, zasypiam w piętnaście sekund, jak Japończycy w metrze.

I pomimo tego, nagle okazuje się, że wszystko, co wiem o tobie, to sobie wyobraziłam. Wyobraźnia. Znowu ta kurwa w zielonej sukience. Ach nie, to o nadziei było. Chyba powinnam napisać ogłoszenie: sprzedam wyobraźnię, bo jest za duża i kłuje mnie w serce.  

***

Ja też się boję.
Jednak nie wkładam ubrania z jeżowych skórek, jak ten pan z anegdoty, który bał się ludzi i nie chciał, aby go dotykali. Wciąż pozwalam podejść bliżej, niż na odległość igieł. Nie kulę się jak jeż, który zwija się w kłębek, przy byle podmuchu wiatru. A przecież wiały już monsuny i pasaty. A nawet samum, jak u Tuwima:

Bo znów pogański samum wieje 
W pędach, zawrotach, burzach, blaskach! 
Pamiętaj: kiedy znów zdziczeję, 
Odrzyj mnie z wichrów i ugłaskaj!

Boję się, ale nie tak bardzo, jak ty.
Wiesz dlaczego?
Bo mój strach przed porażką wciąż nie jest większy od wiary w powodzenie tego, czego pragnę.
Bo wiem, że to ten lęk sprawia, że stajemy się martwi za życia.

Przepraszam za moją bezpośredniość, ale po co jesz, jak i tak to wysrasz? Po co żyjesz, jak i tak umrzesz? Dlaczego się boisz, skoro jedyne, co masz do stracenia, to twoje ograniczenia?

A jeśli…
Jeśli jesteś szczęśliwym niewolnikiem własnych przekonań, to…
Wtedy żyj w spokoju, w swej strefie komfortu, którą sobie stworzyłeś, w tej mydlanej bańce. Kapsule przeszłego czasu. Czasu przeszłego niedokonanego. Nie wszyscy muszą być wolni.
Bo niestety nie wiem,  na jaką terapię wysłać człowieka, który uwierzył we własną propagandę.

„Żyj”.

W trzech literkach pomiędzy cudzysłowiem, tej wąskiej przestrzeni, w której czujesz się wolny. Bo jeśli twój strach przed powiedzeniem bądź, jest silniejszy, niż twoje uczucie, to już umarłeś. I choć to twoje bądź, to raczej „o której będziesz, bo nie wiem, czy  zdążę wrócić z pracy? (…) Co wolisz dzisiaj na śniadanie – jajka, czy kiełbaski? (…) Zobacz, kupiłem twoje ulubione grejpfruty! (…)” to… ja wiem. Tak, jak ty wiesz, że nigdy nie lubiłam słodkiego pitolenia, bo wystarczą mi słodycze do kawy. Jej czarna gorycz równoważy mi smak.

Byłabym. I za dziesięć miesięcy też, gdybyś…
Ale teraz wolę żyć, a nie tylko „żyć”.

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.