moje dychotomie

Jednym z mych ulubionych filmów z dzieciństwa jest Maska (w Polsce znany jako Maska Lwa), z Cher w roli dość niekonwencjonalnej matki chłopaka o ksywie Rocky. Chłopak ma zniekształconą twarz, ma swoje marzenia i uwielbia motocykle – chce wyruszyć wraz z przyjacielem w podróż po stanach na dwóch kółkach. Pewnego dnia w szkole ma za zadanie coś napisać na zajęcia z literatury (nie pamiętam już, na jaki temat) i pisze wierszem listę rzeczy, które lubi i za którymi nie przepada. Nie jest to oczywiście żadne wybitne dzieło (jak moje, w podstawówce – kiedy to napisałam wiersz i wmówiłam wszystkim, że to ulubiony Różewicz go popełnił, no i wszyscy to łyknęli, bo nie było wtedy netu), ale pamiętam, że rozwalił mnie na kawałki. I chyba trochę wpłynął na moje postrzeganie świata i filozofię życiową, jakkolwiek górnolotnie to brzmi (ale w ass to mam). W wierszu-wyliczance Rocky’ego w rzeczach, które lubi, w ostatniej linijce napisał: promień słońca na mojej twarzy. Ale dokładnie taki sam wers był również w rzeczach, których nie lubi.
Rozumiesz o co mi chodzi?

***

Co lubię:

drzemkę po pracy, po której budzę się pełna energii i gotowym tekstem w głowie,
prysznic o 2 w nocy,
taniec światła na szybie i twarzy,
starą drewnianą podłogę, w której nieszpachlowanych zakamarkach czai się kurz 3 pokoleń,
liczenie białych cegieł na ścianie przed zaśnięciem, w świetle ulicznej latarni (taka moja medytacja),
głupka kota podgryzającego drewnianą żaluzję,
chodzić pieszo do pracy, czytając po drodze,
myśl, że mogę sobie w każdej chwili pojechać samochodem gdziekolwiek, albo po kogokolwiek,
asany na podrapanej czerwonej macie,
kawę z kawiarki,
odcinek ulubionego serialu,
znajdowanie nowej muzyki w necie i sałatkę grecką w niedzielę rano,
gadać z ludźmi z drugiej półkuli,
czytać, aż usnę,
robić zdjęcia,
chodzić na bosaka po błocie lub piasku,
spanie w pozycji drzewa, gdy łóżko jest całe moje
itp.

***

Ale lubię też:

kiedy przychodzisz do mnie w chustce ze znakiem jing-jang na głowie i mówisz, że to dla zachowania równowagi,
kiedy stoimy przy kasie w sklepie i mówisz na głos, aby wszyscy stojący w kolejce słyszeli: kochanie, będziemy mieć jedzenia na cały tydzień za te pieniądze, co wygrałem na strzelnicy,
kiedy kot kładzie się między nami, tworząc symbiozę, trójkąt dramatyczny człowiek-zwierzę-człowiek, ale dramat mu nie w głowie, bo zasypia, mrucząc,
kiedy nie możesz doczekać się, aby mi coś opowiedzieć i zaczynasz od swego nieśmiertelnego: nie uwierzysz, co się stało,
kiedy przynosisz pyszne jedzenie, a gdy zjem, mówisz – zbieraj się, jedziemy, zobaczyć ruiny zamku – chuj z tym, że jest noc, a ruiny nie są oświetlone i jedyne, co widać, to twoja latarka w telefonie,
kiedy tańczymy jak opętani do jakichś starych (jak my, albo świat) kawałków, które puszczasz na jutjubie, a kot patrzy na nas, jak na wróbla po kwasie,
spanie na łyżeczkę i na ratownika – gdy otaczasz mnie ramieniem, pomimo, że mi cierpnie kark, a tobie ręka, już po 5 minutach
itp.

***

A jednak można lubić wszystko.
Rozumiesz, o co mi chodzi?

Poleć wpis innym, jeśli ci się spodobał.